Motywacja do roboty

Po prawej stronie zrobiłem sobie listę relacji do uzupełnienia. Niestety, rośnie to niepokojąco szybko i łatwo coś zgubić (dopiero co zorientowałem się, że mam jeszcze zaległy opis z Karkonoszy).

Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że po prostu nie miałem czasu na uzupełnianie tego wszystkiego. Ale w końcu trzeba się wziąć…

Opublikowano Bzdury, Notatki | Skomentuj

Testy, pakowania i przymiarki

Wczorajszy wieczór częściowo został poświęcony przygotowaniom pod przyszłe wyjazdy i wyprawy. Do przymiarki czekał od chwili już nowy śpiwór, więc trzeba było wejść do środka i sprawdzić, czy pasuje.

tester

Jak widać tester nie narzekał, tylko zasunął się po nos i stwierdził, że wygodne. Dla porównania: ostatnie testy wyglądały tak:

tester_sm

Fjord Nansen został niestety odesłany. Puchowy Cumulus jednak zostanie.

Po przymiarce spakowaliśmy go do przenośnego woreczka. Tu proszę o wybaczenie wszystkich, którzy już z takimi śpiworami mieli do czynienia, bo ja takiego miałem pierwszy raz i będę się zachwycał jego wymiarami po spakowaniu. Opisywać nie trzeba, fota poniżej pokazuje skalę jego spakowania.

spiwor

Po rozpakowaniu z kolei śpiworek fantastycznie się powiększa, aż robi się cały puchaty (tak, nadal się będę zachwycał!).

Skoro już miałem spakowany śpiwór, a pod ręką miałem jeszcze mały namiot, to pozostało tylko wrzucić samopompę do worka i przymierzyć się do nowych toreb podsiodłowych od Rafała. Po spakowaniu wyglądało to tak jak na poniższym obrazku. Wewnątrz mamy namiot, matę samopompującą i śpiwór. Do tego jeszcze zostało miejsce na kilka drobnych pierdół (kurtka przeciwdeszczowa zmieści się pod gumę zaciskową na szczycie torby), zatem byłbym spakowany na cały wyjazd. A należy zauważyć, że drugą, identyczną torbę ma jeszcze Hipcia, więc przestrzeni na bagaż na wszystkie szybkie wypady mamy więcej niż dużo.

sakwa

Na tym skończyliśmy testy, wszystko zostało spakowane, a my wzięliśmy się za… Scrabble. A w związku z tym, że już dawno nie graliśmy (poza tym miałem fazę na robienie bezsensownych fotek), to i zrobiłem fotkę planszy po zakończeniu rozgrywki.

scrabble

Opublikowano Bzdury, Ze zdjęciem | Otagowano , , | Skomentuj

Chyba wypada się odezwać…

Ostatni wpis mam datowany na 22 lipca, czyli minęło już ponad pół roku od ostatniej tu aktywności. A ciszy wcale nie było.

Najważniejszym wydarzeniem z ostatniego półrocza (mimo że tu jeszcze nieopisanym) było ukończenie kursu taternickiego. Dwa tygodnie spędzone na Hali Gąsienicowej dały nam zupełnie nowe doświadczenia i otworzyły zupełnie nowe możliwości. Minusem było to, że w ramach lipcowego wyjazdu, na paskudnym, śliskim, szóstkowym Adalbercie potężnie przeciążylem lewy nadgarstek. Wskutek tego cały kurs przesiedziałem z bandażem na lewej ręce, a ze wspinaczką miałem potem przerwę chyba do połowy października. A potem jeszcze w listopadzie zrobiliśmy krótki trzydniowy wypad na Jurę.

W końcu wróciłem do wspinania, ale już chyba do końca życia będę wspinał się z zaplastrowanym nadgarstkiem.

W międzyczasie zorganizowaliśmy wyjazd na dwie krótkie zimowe wyprawy rowerowe, zapisaliśmy się na BB Tour i maraton kwalifikacyjny, kupiliśmy cztery dodatkowe rowery…

A do tego coraz bardziej się nam zgina, jesteśmy już na etapie prowadzenia dróg o trudności powyżej VI.

Gdy w końcu znajdę czas, postaram się napisać relacje z taternickiego, bo tak trochę wstyd, że to leży tak długo, nieruszane. A nie jest to, niestety, jedyna zaległa relacja.

Do tego dopiero ostatnio się zorientowałem, że prowadzona konsekwentnie przed zeszłym latem seria „Sekcja wspinaczkowa” została zapomniana i nie da się jej odtworzyć. Teraz jednak nasze sekcje (nareszcie) przypominają treningi niż zabawę (chodzimy dwa raz w tygodniu), więc spisywanie wszystkiego co się działo traci powoli sens. Co nie znaczy, że nie będę już o tym temacie pisał.

Opublikowano Bzdury | Skomentuj

Jesienna Jura

Wskutek kilku nieprzyjemnych zdarzeń nasze rowery zostały unieruchomione, więc na listopadowy długi weekend (1-3 XI) rozważaliśmy wyjazd w Tatry. Najpierw miał być trekkingowy, później wspinaczkowy… Chodzenie po górach jakoś tak samo z siebie poszło na bok, rozważana była opcja wspinaczki, ale dzień coraz krótszy, a jazda przez całą noc, po czym bieg na górę i kolejny bieg pod ścianę nie napawały mnie optymizmem. Z drugiej strony wyjazd na Jurę z moim dopiero co zaleczonym (ale jeszcze nie wyleczonym) nadgarstkiem również nie zachęcał do nadmiernych wybuchów entuzjazmu. Niemniej jednak można było oczekiwać, że ze względu na datę tłumów nie będzie. A to plus.

W końcu padło: jedziemy do Będkowskiej. Spakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy gdzieś nad ranem. Jeszcze „nowa” trasa, przez Piotrków i Częstochowę minęła szybciutko i w niecałe cztery godziny (w tym kwadrans snu) przebyte w towarzystwie „Hobbita” byliśmy już na miejscu. Pod Brandysówką przywitała nas oszroniona łąka i lód w niektórych wiaderkach przy gospodarstwie. I – nowość – wybieg dla koni zajmujący część pola. Rozbiliśmy sobie (jako jedyni) namiot i nie chcąc nikomu przeszkadzać wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy na Słoneczne.

Jest pierwszy listopada. Słońce przyjemnie świeci, na skałach pusto, a my rozkładamy się pod Ostatnią. Zaczęliśmy od jakieś rozgrzewkowej trójki, po czym z planem na spokojne wspinanie, by zaufać tej paskudnej, śliskiej skale (po Tatrach była zupełnie jak mydło), ruszyliśmy na Domowe Przedszkole (IV+). Nie panel to, nie panel! Co z tego, że takie drogi powinniśmy robić na spokojnie, brak obycia ze skałą wychodzi. Skończyło się na wędkowaniu po tym, jak napotkałem „trudności” i na wszelki wypadek obszedłem je bokiem. Potem okazalo się, że trudności nie ma, jest za to dyskretna i pojemna klameczka która pozwala się wygodnie wpiąć.

W związku z tym, że stanowisko pozwalało na dobranie się do dwóch kolejnych dróg: Spitostrady (VI) i Filarka Ostatniej (VI.1+), postanowiliśmy się tam chwilę pomęczyć. Pierwszą z tych dróg udało mi się przewędkować w ciągu, na drugą potrzebowałem dwóch bloków, wywołanych bardziej chęcią o nieprzemęczanie lewej ręki niż faktycznymi trudnościami. Hipci szło równie dobrze, ale postanowiliśmy się nie wychylać z prowadzeniem.

Pogoda zachęcała do rozleniwienia się. Co prawda wiał silny wiatr, ale było ciepło (coś około 10 stopni). Minęły nas tylko trzy-cztery ekipy, pusto, spokojnie, ciepło. Ciepło na zewnątrz, ale skała była chłodna. Mi to średnio przeszkadzało, ale Hipcia chuchała i dmuchała w ręce, probowaliśmy je otejpować (ze średnim skutkiem).

Zakończywszy i znudziwszy się tą stroną Ostatniej przeszliśmy na drugą, zacienioną stronę, gdzie bez problemu wgramoliliśmy się na Jarzębiak (V), ja prowadziłem, Hipcia zrezygnowała z tej rozrywki, ręce nierzadko puszczające od chłodu skały zachęcały do wędkarstwa. Przewędkowaliśmy drogę dwa razy, po czym niespiesznie przeszliśmy pod inną skałę, gdzie poznaliśmy się ze Shrekiem (V+): droga prosta, ale wyślizgana jak nieszczęście. Na sam koniec przeszliśmy jeszcze we dwójkę Prestidigitatora (V-) i w związku z zapadającym zmrokiem zwinęliśmy na pole namiotowe.

Na miejscu przeszliśmy się jeszcze na piwo na Czarcie Wrota. Tam zasiedliśmy na dłużej: był ciepły wieczór i jakoś nie chciało się wstawać. Gdy się zebraliśmy, na polu zrobiliśmy jeszcze na dobranoc grilla,  z którego zgonił nas deszcz, musieliśmy chować się w altance.

Następnego dnia pomknęliśmy na Łabajową. Skała była sucha, ale cholernie zimna. Wzięliśmy się za Mniszkową i tam podwiesiliśmy sobie wędki, wędkując wszystkie na niej drogi – od V- do VI.2. Prowadzenie było jedno: Ambona (V-). W międzyczasie posiedzieliśmy sobie trochę na szczycie, rozglądając się po terenie. Byliśmy sami, później dopiero pojawiły się dwie ekipy, jedna z nich wieszała tyrolkę (zjechali po razie, na krótko przed zmrokiem).

Zostawiliśmy Mniszkową i przejęliśmy PeZetPeEr (IV+), skała była jeszcze bardziej zimna i prowadząc musiałem grzać sobie dłonie, bo traciłem czucie w opuszkach palców. Tradycyjnie podwiesiłem wędę, Hipcia przewędkowała tę, a potem oboje przedreptaliśmy TRADycyjne pasożytnictwo (V).

Zapadł zmrok, więc, tradycyjnie, na polu namiotowym zrobiliśmy sobie krótki spacer i grilla.

Na kolejny dzień zapowiadany był deszcz. Udalismy się na Witkowe Skały, tam najpierw przeszliśmy Mistrzów Paździerza (V-), a potem patentowaliśmy szóstkowe Polowanie na Czerwony Paździerzyk. Gdy wypoczywaliśmy na górze, po ostatniej próbie przejścia, zaczęło kropić. Rozpadało się o tej godzinie, o której prognozowano, co do minuty. Wobec takich argumentów mogliśmy tylko spakować wszystko, wskoczyć do auta i (zebrawszy namiot z pola) pojechać do domu.

Na koniec dwa słowa podsumowania. Wartościowych sportowych przejść nie było, ale nie taki był plan: było nim oswojenie się ze skałą, przyzwyczajenie się do niej, bo, jakby nie patrzeć, doświadczenie mamy mniej niż marne. Do tego sytuację skomplikowała temperatura (Hipcia nie czuła w ogóle skały) i mój nadgarstek (który chciałem oszczędzać tak, jak to było możliwe). Mimo tego, upewniliśmy się co do tego, że prowadzenie dróg o trudnościach VI-VI+ jest w naszym zasięgu. A zatem – wyjazd udany, doświadczenie zdobyte, czyli cel spełniony.

A kiedy kolejny wyjazd? Ha, już pewnie w 2014.

Opublikowano Skałki, Ze zdjęciem | Otagowano , | Skomentuj

(Częściowo) TRADycyjna Jura

Wielkimi krokami nadchodzi kurs taternicki, więc trzeba było wybrać się na Jurę. Tydzień wcześniej pogoda była niepewna, więc nastawiliśmy się na ten. Wszystko było już spakowane, nadszedł piątek, godzina „zero” – czyli druga w nocy, po czym zabraliśmy ostatnie niezebrane rzeczy i wpakowaliśmy się do samochodu. Tym razem testowana była nowa trasa, przez A2 i Gierkówkę. Okazało się, że to super sprawa; do samej Dąbrowy Górniczej jechaliśmy dwupasmówką, mając średnią 103 km/h (i to bez przekraczania dopuszczalnej prędkości)! Potem tylko krótki fragment na Olkusz i zaraz zajeżdżaliśmy znajomą drogą pod Brandysówkę… dziwną Brandysówkę.

Przede wszystkim – pole namiotowe. Dużo namiotów, pole powiększone o sąsiadującą łąkę. Po drugie – ludzie. Jest szósta rano, a tam snuje sie kupa ludzi. Po trzecie – muzyka. Wyraźny, słyszalny bit. Dzieje się coś niedobrego; nawet nie było gdzie zaparkować, po chwili dopiero trafiliśmy na coś pustego. Wyszliśmy z auta i z niepokojem skierowaliśmy się na pole, między namioty, które przypominały najazd jakiejś pielgrzymki lub Woodstock. Mijający nas ludzie swoim wyglądem, a także utkwionymi w dali oczami, utwierdzali nas w przekonaniu, że to jednak to drugie.

Zlokalizowaliśmy dwie w miarę sprawne ruchowo jednostki i wdaliśmy się w pogawędkę, zadając raczej proste pytania:
- Co to w ogóle za impreza?
- To fessstiwal, stary!
- Ok, a można się tu rozbijać?
- No, sssstary, ale bilety szszeba. Wy w ogóle na festiwal?
- Nie, wspinać się.
- A, to spoko – wskazuje na Sokolicę – proszszszę, można się ssspinać.
- Nie, nie…
- A, nie? – przerywa – To tam – wskazuje w kierunku Dupy Słonia – też są skały. Tam teszsz możesz się sssspinać.
- Poradzę sobie z tym. Czy tu można rozbijać sie namiotem?
- Tak, rossbij się źźźie chcesz. Tu są sami spoho luźźie, stary. Nikkh ci niss nie uhradnie!

Pierwszy kontakt został nawiązany. Uciekliśmy czym prędzej. Poszliśmy na tę drugą łąkę, tam minęliśmy kilka legowisk, na których gromadzili się goście i zauważyliśmy, że namioty stoją na trawie wykoszonej, a dalej jest niekoszona, gdzie nikogo nie ma. Zaświeciła się nam lampka! Ale czy tam wolno? Podlazłem do stojącego na granicy traw samochodu, w którym, w towarzystwie kilku pustych butelek po winie, w bagażniku kombiaka leżeli sobie zawinięci w śpiwory ludzie: chłopak i dziewczyna.

- Przepraszam, czy tam wolno się rozbijać?

Dziewczyna uśmiechnęła się. Konkretnie: uśmiech pojawił się na jej twarzy bez pośrednictwa mózgu, po czym nie przerywając próby dotknięcia uszu kącikami ust, błądząc oczami gdzieś w obszarze, w którym pewnie znajdowała sie moja twarz, odpowiedziała „Nie mam pojęcia!”. Już chciałem się żegnać, ale głos zabrał jej kompan.

- A ja wiem! – odpowiedział, wyraźnie zadowolony i usmiechnięty, po czym zaczął wskazywać palcem – o tu możesz się rozbić! I tu! I tam możesz się rozbić!
- A tam obok?
- Tam też możesz się rozbić. Wszędzie możesz się rozbić! – po czym, żeby wzmocnić wrażenie tego, że nie ma pojęcia, o czym mówi, zaciągnął się trzymanym w ręce papierosem. Chociaż jego czerwone oczy mówiły, że papieros to nie był.

Mając na koncie dwa spotkania z tubylcami doszliśmy do wniosku, że pytać kolejnych nie ma sensu. Zresztą, jaki byłby cel w przerywaniu komukolwiek dobrej zabawy i zawracania mu dupy czymś tak nieważnym? Zawinęliśmy do auta i zajechaliśmy na sam kraniec, po czym rozbiliśmy się tak daleko, jak było to możliwe. Wrzuciliśmy do środka kilka gratów, po czym postanowiliśmy przejść się i zorientować, co jest grane. „Grane” było tu słowem-kluczem, bo muzyka, a w zasadzie bit, trwała nieprzerwanie w tle.

W drodze pod Dupę Słonia minęliśmy sporo zombiaków podróżujących na autopilocie na pole namiotowe. Na bramkach od równie wesołych bramkarzy dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy w sam środek trzydniowego festiwalu. Festiwalu Goa Dupa, jak się potem dowiedzieliśmy.

Wróciliśmy do namiotu, zabraliśmy żarcie i poszliśmy pomyśleć nad planami na dziś. Po drodze zagadnęliśmy jednego takiego, który wyglądał normalnie. O dziwo, dla niego też wyglądaliśmy normalnie, bo użył stwierdzenia „nas, wspinaczy” w odniesieniu do całej naszej trójki. Niczego nowego się nie dowiedzieliśmy, postanowiliśmy więc skorzystać z dnia, jedząc ustaliliśmy, że atakujemy rejon Pytajnika. Zapakowaliśmy plecaki, wyszliśmy kawałek, po czym po chwili wracałem biegiem, bo nie zabraliśmy telefonu, mającego pełnić funkcję zegarka. W końcu wszystko było zebrane, a po chwili deptania wychodziliśmy już pod skałę. Zaczęliśmy od Zapytajnika, gdzie upatrzyliśmy sobie kilka dróg na rozgrzewkę.

Widać, że powoli idziemy w górę, powoli, bo to dopiero nasz czwarty wyjazd na Jurę; niemniej jednak Zaciątko zapytajnika (IV+) poszło szybko, potem zniknął jeszcze Zafilarek zapytajnika (V), a Miłe złego początki (VI) przeszedłem z jednym blokiem (zresztą, cholera, zupełnie niepotrzebnym), Hipcia – przewędkowała w ciągu. Co prawda na takich drogach niektórzy dopiero się rozgrzewają, a my sapiemy, ale to po części kwestia doświadczenia: żeby dobrze wspinać się w skałach trzeba dużo wspinać się w skałach, kropka. Nawet najmocniejsza buła tu nie pomoże.

Dalej przeprowadzka pod Rogatą Turnię, gdzie oszpeiliśmy się w zestaw kostek i zaatakowaliśmy drogę, którą przechodziliśmy na kursie skałkowym: do góry Dużym rogatym zacięciem, potem stanowisko na rogu i dalej, do góry, na stanowisko do zjazdu. Pierwsze kostki osadzone zostały bez większego przekonania, ale im dalej w las tym lepiej szło. Gdy już się uporaliśmy z tym, podwiesiliśmy sobie wędkę i patentowaliśmy Złamany Róg (V), Będkoroga (VI+) i Zakład pogrzebowy Kocia Wiara (VI). Złamany róg jakoś dziwnie prowadził, Będkoróg stawiał duży opór, ale Zakład Pogrzebowy pękł w pierwszej próbie. Nie ufam jeszcze na tyle swojej możliwości ustawiania kostek, żeby to poprowadzić (Zakład… był tradem).

Pogoda? Słońce świeciło. Na stanowisku był cień i czasem wial wiatr, ale w górze robiło się ciepło. Za ciepło. Rano jeszcze chmury zajmowały cale niebo, teraz – było ich zaledwie kilka. Plusem było to, że nie słyszeliśmy prawie w ogóle bitu, a w okolicy działały tylko dwa zespoły.

Na sam koniec zeszliśmy na dół i zatradowaliśmy sobie Rogatą Grań. Tu dotarła do mnie kwintesencja taternictwa: Hipcia poszła. Modzi, osadza, kombinuje, mruczy… a ja siedzę. Siedzę. Siedzę. O, wydałem troche liny. Siedzę. Zrobiłem zdjęcia. Przeglądnąłem przewodnik. Siedzę. Siedzę. Stoję. Siedzę. Drepczę. Rozglądam się. O, wydaję linę. Siedzę… Powód mojego siedzenia był prozaiczny: H. miała tam straszną kruszyznę i nie szło nigdzie osadzić zabawek. W końcu nadeszła moja kolej, spakowałem fanty w torbę na linę i ruszyłem do góry. Pierwsza kostka… i dupa. Ileż się namęczyłem żeby ją wyjąć! Reszta była już łatwiejsza. Stanowisko, zmiana prowadzenia, idę, przy przewieszce uświadamiam sobie, że jakoś nie czuję się za pewnie, więc osadzam jakiegoś hexa, nie chciał siedzieć, ale wstawiam go byle jak, żeby utrzymał mnie, gdybym śmignął z samego początku. Uff… przeszedłem. Dalej już przydatności z niego by nie było (zresztą po chwili lina go wyciągnęła), mi zostało do przejścia dwójkowe pastwisko. Ruszam…i coś ciężko. Ni cholery, lina nie chce iść. Patrzę za plecy i widzę, dlaczego: idzie uroczym zygzakiem; pewnie lepszym pomysłem byłoby zrobienie jeszcze jednego stanu na zębie, ale po cholerę po dwudziestu metrach przeciągać sześćdziesiąt metrów liny? Kilka pozostałych do stanu metrów pokonałem niezbyt komfortowo: wybierałem metr liny, podchodziłem, wybierałem – podchodziłem. Stanowisko – auto – ściągnięcie Hipci i nareszcie odpoczynek: wyszliśmy sobie na pik i zasiedliśmy z piwem w słońcu. Posiedzieliśmy tak długo, w końcu jednak trzeba było zjechać, zebrać zabawki i potupać w stronę namiotu.

Na miejscu okazało się, że w naszych okolicach zrobiło się ludniej, ale na szczęście wszyscy trzymali się z daleka. Rozpakowaliśmy wszystko, zabrałem się za składanie grilla… gdy okazało się, że nie mamy śrubek. Spakowałem go do kupy i położyłem na ziemi, bez nóżek; już po zmroku rozpaliliśmy wszystko, zalegając na kocyku. Tłum na polu namiotowym nie przeszkadzał, skupiał się pewnie w okolicach sceny i nie łaził do nas. Po chwili grillowania zobaczyłem, że spod grilla dochodzą smużki dymu: trawa pod spodem zaczęła się tlić. Zalałem to wodą (przy okazji wpadając do strumyka jedną nogą) i dokonczyliśmy imprezę, po czym w dźwiękach umc-umc-umc zasnęliśmy.

Pierwszą pobudkę JKW ustawiła na szóstą, ale zebraliśmy się dopiero po ósmej. Spanie w tych dźwiękach spowodowało, że czułem się jak na kacu. Nie chciało mi się nic, zresztą wczorajsze wspinanie dało mi nieźle w dupę. Zwlekliśmy się do samochodu i ruszyliśmy pod Łyse Skały. W tym sektorze jeszcze nas nie było, więc była to przyjemna okazja na zwiedzenie nieznanego. Ściana południowa w większości była spod znaku „VI.X”, więc jeszcze nie dla nas: wskoczyliśmy sobie więc na północną, osłoniętą od słońca.

Na dzień dobry poszedl Buszmen z małpą (IV+), potem Filar z kominem (V), podwieszenie wędki i Kalahari (VI-) wraz z Kanadyjskim bólem kostki (V). Dość szybko wyskoczyliśmy sobie na górę i na półce przy stanowisku zasiedliśmy i wypiliśmy piwko; jak zwykle, jedno na pół – trzeba się spieszyć, bo po południu picie piwa może okazać się smutne w skutkach.

Po zjeździe zameldowaliśmy się pod Drogą dla cieniasów (IV-), gdzie po mchach i paprociach usiłowaliśmy tradować. Osadzanie kostek poszło nieźle, najpierw ja prowadziłem, zjechałem, po czym na górę wyszła Hipcia, a ja doszedłem na drugiego, przy okazji usuwając sporo zielska.

W tym momencie miałem już dosyć, a konkretnie – dosyć miały moje stopy. Wszyskie drogi, gdzie musiałem chodzić na palcach, przechodziłem z zaciśniętymi zębami, mimo ze buty mialem rozchodzone. Niemniej jednak było jeszcze dość wcześnie, więc przeszliśmy kawalek w prawo.

Miałem przejść Komin pogański (III) i podwiesić wędkę na Adalbercie (VI), ale przegapiłem miejsce przejścia na drugą stronę komina i poprowadziłem Lewy Ozór (V), potem oboje przewędkowaliśmy jeszcze prawy ozór (V), po czym w końcu podwiesiłem tę wędkę i zajęliśmy się Adalbertem. Droga była cholernie, cholernie śliska i chyba jeszcze nieodpowiednia na nasz szpon. Potem zresztą oboko pojawili się napieracze z południowej ściany i też mieli tam problemy, więc nie było to tylko nasze wrażenie.

Na sam koniec spróbowaliśmy z budową stanowisk, okazało się, że pamiętamy niewiele i trzeba będzie przed (albo na) taternickim wszystko powtórzyć. Zwinęliśmy się do auta, zajechaliśmy na pole, gdzie nasz stojący w cieniu namiot wyglądał jak mała sauna. Niemniej jednak, mimo że nie miałem się kłaść spać, położyliśmy się na chwilę… zbudziwszy się około 20:00. Potem pozostało szybkie zebranie się i już o 21:00, mijając wracających z festiwalu zombie, wymknęliśmy się na Warszawę. Droga powrotna minęła bezsennie, byliśmy około pierwszej.

Opublikowano Skałki | Skomentuj

Ściankowo – wakacyjnie

Wakacje. Obo czynna jest w weekendy tylko w sobotę, do 15:00, więc ostatnio jedziemy trybem: w sobotę ścianka, w niedzielę wycieczka (taka i taka). W tygodniu chodziliśmy tylko na dwie godziny i raczej była to zabawa niż trening.

Z Norwegii przyjechaliśmy jednak nieco kontuzjowani (szczególnie moje nadgarstki wymagają pomocy), wskutek tego wszystkiego w ostatni wtorek byłem na ścianie tylko jako asekurant. Żeby było weselej, JKW skoro już nie miała pomocy w wieszaniu wędek, musiała sobie radzić sama i prowadzić. I proszę: jedna droga pięknie poprowadzona i napoczęty bigwall. Wystarczyła tylko odrobina motywacji.

Na weekend zapowiadają się skałki.

Opublikowano Ścianka | Skomentuj

Sekcja wspinaczkowa (22)

Na zajęcia szliśmy z otwartym pytaniem: czy uda nam się wspinać? Po wyprawie do Norwegii ręce nam mrowią i nie wiadomo było, jak to pójdzie…

Poszło. Tak, jakbyśmy nigdzie nie wyjeżdżali. Spodziewaliśmy się, że będzie gorzej.

A przy okazji, okazało się, że większość instruktorów robi sobie wolne na wakacje. Zatem wakacje mamy bez treningów. Wakacje jak wakacje: połowa sierpnia to kurs taternicki.

Opublikowano Ścianka, Sekcja | Skomentuj

Sekcja wspinaczkowa (21)

No, wczoraj to się działo! Co prawda Hipcia nie czuła się najlepiej (ale potem z czasem jej przeszło), ale się działo. Głównym aktorem (niekoniecznie pozytywnym) byłem ja.

Na rozgrzewkę prowadzenie na pionach, potem masakrowanie się na BW, potem, na sam koniec, dorżnięcie na rzeźbie. Tyle razy, ile wczoraj, w życiu nie leciałem. Zaliczyłem łącznie z pięć lotów, w tym cztery na BW (jeden na wędkę – wahadło) i jeden na rzeźbie. Plusem jest to, że jakoś minął mi podświadomy strach przed lotem z wyjścia z przewiechy na BW. Hipcia tylko pytała, czy akurat dziś (w kontekście jej samopoczucia) musiałem sobie to testować.

Pod koniec otwierała mi się łapa nawet na klamach, takich po łokieć, a w domu miałem problem z trzymaniem śrubokręta, więc można założyć, że trening był udany.

A teraz przerwa w łojeniu na co najmniej 25 dni. Norwegia już na nas czeka!

Opublikowano Ścianka, Sekcja | Skomentuj

Sekcja wspinaczkowa (20)

Dzisiaj dwudzieste, jubileuszowe zajęcia. Zerknięcie w tył, szczególnie na okolice pierwszych spotkań, uświadamia, jak wielki postęp mamy za sobą.

Wybraliśmy się na rowerach, targając ze sobą wszystko w plecakach, bo sakwy czekają spakowane na wyprawę. Na miejscu okazało się, że niepotrzebnie wieźliśmy uprzęże i przyrządy, bo czekał nas trawers (obojgu po raz pierwszy udało się zrobić go do końca), a potem obwody. Na obwodach też same sukcesy… póki buła była z nami, można było powiedzieć, że coś na kształt techniki się pojawia; gdy buła się pożegnała (a skóra palców się skatowała), mieliśmy coś na kształt walki o życie wspomaganej resztkami techniki.

Postęp w porównaniu do ostatnich baldów widać wyraźny: oboje spokojnie sobie radziliśmy w trudnościach, do tego Hipcia przeszła wiele razy trawers najbardziej przewieszonego balda.

Jest moc!

Opublikowano Ścianka, Sekcja | Skomentuj

Kropka w dzienniku

Informacyjnie, na potrzeby przyszłości, że byliśmy na ściance. Nic szczególnego + chodzenie nogami po rzeźbie. To ostatnie w sytuacji, gdy łapy są już zmęczone, naprawdę daje w kość

Opublikowano Ścianka | Skomentuj