Jesienna wizyta w Tatrach: Listopad 2012

Wstęp

W góry bardzo chciała wybrać się Hipcia. W sumie – czemu nie? Dawno nas nie było, jesień w górach to bardzo przyjemna sprawa. Akurat tuż przed wyjazdem w górach spadło trochę śniegu… i tak pojechaliśmy: przygotowani na śnieżne wędrówki; nieprzygotowani na śnieżne jazdy, bo na letnich oponach.

Dzień pierwszy: Mokro. Wietrznie.

Trasa:
Kuźnice – Hala Gąsienicowa
Hala Gąsienicowa – Czarny Staw Gąsienicowy
Czarny Staw Gąsienicowy – Karb
Karb – Hala Gąsienicowa
Hala Gąsienicowa – Kuźnice

Zaparkowaliśmy samochód na darmowym parkingu i patrząc w górę zdecydowaliśmy, ze zaczniemy jednak od wyposażenia się w kurtki, bo polary nam zamokną. Rozpoczęliśmy ze spokojnym planem wdrapania się na górę do Murowańca, chyba drugi raz udało się nam podchodzić uwielbianym niebieskim szlakiem, szło nawet znośnie, ludzi nie było zbyt wielu, bo piętrzące się w górze chmury skutecznie odstraszały. Zresztą nie tylko to – ciągle siąpiła niewielka mżawka. Przybrała na sile powyżej poziomu lasu, gdzie, w pierwszym dogodnym miejscu zrobiliśmy szybki postój na założenie pokrowców na plecaki. Od tego miejsca zaczął się już regularny deszcz, a na Skupniowym Upłazie do całej radości doszedł mocny wiatr. Parliśmy przed siebie, przez chwilę jeszcze mając ogon w postaci kilku turystów, ale, gdy po chwili odwróciliśmy się, już ich nie było, najwyraźniej zawrócili. Minęliśmy Przełęcz między Kopami, zwlekliśmy się zaśnieżonymi i śliskimi schodami do doliny i po chwili siedzieliśmy już w Murowańcu.

W schronisku zrobiliśmy dłuższą chwilę przerwy, przy okazji przebierając się w spodnie przeciwdeszczowe. Spojrzenie na zegarek wykazało, że drapaliśmy się na górę o dwadzieścia minut dłużej niż nakazuje mapa, co mogło mieć wpływ na nasze dalsze plany: czasu było mało, a wiatr nie zachęcał do drapania się nigdzie wyżej. A nawet, gdyby zachęcał, to mogło, niestety, nie starczyć czasu na zejście przed zmrokiem.

W końcu nadszedł czas. Zebraliśmy się w sobie, zebraliśmy wszystko i ruszyliśmy sprawdzić, czy pada. Padalo, ale wiało jakby trochę mniej. Spacer nad Czarny Staw był nawet przyjemny, osłonięci od wiatru masywem Kościelca maszerowaliśmy sobie wesoło, mijając kilka grup ludzi, którym jakby się spieszyło do Murowańca. Hipcia jeszcze rozważala opcję podchodzenia prosto, pod Zawrat lub Kozią Przełęcz, ale czas nie gwarantował spokojnego przejścia. Podpytawszy się dwójki turystów o to, skąd przychodzą (podeszli pod Zawrat, ale tylko do pierwszych łańcuchów), zdecydowaliśmy się drapać na Karb.

Czarnym szlakiem jeszcze nie zdarzyło się nam tam podchodzić. Przyjemnie, trochę stromo, ale spokojnie; spodziewałem się, że wyjdziemy bezpośrednio na przełęcz, tym czasem tam prowadzi ścieżka, my, szlakiem, wyszliśmy na masyw Małego Kościelca i przeszliśmy kawałek granią. Po krótkim odpoczynku na Karbie zeszliśmy niebieskim w dół. W dół i w dół. Widoków nie było, a zresztą, smagani wiatrem i marznącym deszczem, nie mieliśmy jakoś ochoty na rozglądanie się. Zeszliśmy już w szarówce do rozejścia szlaków i stwierdziliśmy, że lepiej będzie zejść, a nie pchać się, na przykład, na Liliowe.

Cała wycieczka trwała raczej krótko, więc nie byliśmy zbytnio zmęczeni. Niebieski do Kuźnic też jakoś przyjemniej się prezentował; nie było wiatru, a gdy człowiek wypoczęty, to jakoś szybciej się szło. W domu byliśmy około 20:00; chyba jeden z naszych najszybszych powrotów.

Wieczór jeszcze się nie skończył: pozostało suszenie wszystkiego, co mokre, w tym suszenie doszczętnie przemoczonych butów.

Dzień drugi: sucho, a mgliście.

Trasa:
Łysa Polana – Morskie Oko – Czarny Staw pod Rysami
Czarny Staw pod Rysami – (prawie) Kazalnica
Czarny Staw pod Rysami – Morskie Oko – Łysa Polana

Wstawszy wczesnie rano (bo pierwszy budzik zadzwonił już o szóstej), spakowaliśmy wszystko i zapakowaliśmy się do auta. Chwilę później wysiadaliśmy już na parkingu pod Łysą Polaną. Zapakowawszy plecaki na grzbiety udaliśmy się w pełną wrażeń podróż asfaltem do Murowańca. Przy jednym z ciekawszych fragmentow trasy, gdzie słońce ładnie przeświecalo przez gałęzie, chcąc zrobić zdjęcie odkryliśmy, że aparat średnio zniósł wczorajsze deszcze. Mamy tylko to, co w telefonie.

Pod Morskim Okiem zasiedliśmy i deliberowaliśmy nad mapą. Dwie równorzędne opcje: wycieczka na Kazalnicę lub spacer żółtym do Doliny Pięciu Stawów byly kuszące, postanowiliśmy jednak zaatakować szczyt. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej: dookoła jeziora i w górę. Wśród nas snuli się, nieliczni o tej porze, przechodnie, robiący zdjęcia, hałasujący i ogólnie szalejący, jak powinien szaleć każdy po zdobyciu (dorożką) schroniska nad Morskim Okiem.

Przy Czarnym Stawie spotkaliśmy tylko dwie osoby, za to szlak na Kazalnicę przecierała przed nami dwójka. Najpierw po kamieniach, potem po wydeptanym śniegu, aż w końcu dookoła zrobiło się biało, a wokół zaległa mgła. Tam też spotkaliśmy dwójkę, która szła przed nami i zastanawiała się nad dalszą wędrówką. Dałem do zrozumienia, że nie będą zachwyceni, idąc w adidasach po śniegu; chyba zawrócili, my za to poszliśmy dalej. Już tylko snieg, momentami stromo pod górę. Napotkana dwojka powiedziała, że podchodzili pod Kazalnicę, ale zrezygnowali „bo im się już nie chciało”.

Chwilę później zakładamy raki, a napotykane oblodzenia zachęcają do wzięcia w rękę czekanów. Kolejna ekipa mowi, że jest ślisko, ale da się iść – zachęcające; chociaż też ciekawe, dlaczego oni również nie wyszli na szczyt. Zagadka rozwiązuje się po krótkim trawersie: ślady prowadżą chwilę w górę i urywają się. Ach, to tak się wam „nie chciało”. Co możemy zrobić? Przemy dalej. Szlak jest widoczny, śnieg ładnie trzyma, za plecami trochę pusto, ale jeszcze nie pionowo.

Po chwili dochodzimy do pierwszych śladów ludzkiej bytności: dwa żelazne uchwyty wkute w ścianę nad waską półeczką. Z półeczki przechodzimy do zasypanego ładnie niewielkiego żlebu, skąd droga prowadzi po wyraźnie i grubo oblodzonych kamieniach. W górę. Z miejsca, gdzie staliśmy, wygląda to na raczej pionowo. Niby próbować można, ale zaistniał jeden szczegół, który zasiał w walecznych sercach ziarno wątpliwości. W przypadku kontynuowania walki, za plecami odkrylibyśmy na oko trzydziestometrową przepaść. Krótka rozmowa na półeczce, jestem za cofaniem się, wiem, że Hipcia chciałaby próbować. Naciskam jednak na wycofanie się. W końcu udaje się przekonać: zalegamy przy ostatnim stabilnym miejscu, zakładamy stuptuty i pijemy piwo, po czym kierujemy się w dół.

Droga idzie znośnie, mgła nie przeszkadza, chociaż przez krótki czas naszej nieobecności postanowiła zająć całą dolinę. W ramach pocieszenia postanawiamy zaszaleć i obchodzimy Morskie Oko od lewej, częścią szlaku, której nigdy nie zwiedzaliśmy. Chcieliśmy znaleźć jeszcze ścieżkę, którą podchodzi się pod Mnicha, ale, niestety, przegapiliśmy albo była dobrze ukryta. Po drodze zaczyna padać śnieg, docieramy do schroniska, jemy tam obiad (kto może, ten pije piwo), po czym pakujemy się w ciemność i maszerujemy w kierunku samochodu. Na miejscu – niespodzianka – auto całe pokryte lodem. A miało być ciepło.

W domu jesteśmy znowu wcześniej. Suszymy, co trzeba i zastanawiamy się nad kolejnym dniem, bo to już ostatnia szansa na coś dłuższego; dwa pierwsze dni zakończyły się tylko częściową realizacją planu.

Dzień trzeci: mocno, a dotkliwie.

Trasa:
Kuźnice – Hala Gąsienicowa (przez dol. Jaworzynki)
Hala Gąsienicowa – Krzyżne – Dol. Pięciu Stawów – Kozia Przełęcz – Hala Gąsienicowa
Hala Gąsienicowa – Kuźnice

Zaczęliśmy pobudką o piątej, co poskutkowało tym, że na nogach byliśmy o szóstej, a przy drodze na Kuźnice – o wpół do ósmej. Zakupiwszy sok pomarańczowy przy stacji PKL ruszyliśmy raźno żółtym szlakiem (którym do tej pory szliśmy tylko raz) w kierunku Hali Gąsienicowej. Spodziewałem się, że wyjdziemy czasowo nieco do przodu, ale wyprzedziliśmy harmonogram o całe pół godziny. Które… następnie zmarnowaliśmy na długie śniadanie wspomagane piwem i grzanym winem.

W końcu ruszyliśmy się i wyszliśmy. Tuż za Murowańcem zaczęło się Nieznane i postawiliśmy pierwsze kroki na żółtym szlaku na Krzyżne. Na początku powtórka ze Ściezki pod Reglami – trochę w dół, trochę w górę. Po chwili jednak wyszliśmy z lasu w kosówkę i postawiliśmy pierwsze kroki przy słońcu. Trochę wiało, ale nie wpływało to na nasz marsz; widok – piękny – przed nami morze wierzchołków drzew i Żółta Turnia po prawej. Po chwili weszliśmy w dolinę, a oczom naszym ukazał się staw. W miarę, jak podchodziliśmy coraz wyżej, wiatr zaczynał dokazywać coraz wyżej, gdy stanęliśmy już na śniegu, podczas „ataku przełęczowego”, zaczęła się już regularna owiewka. Minąwszy dwie ekipy stanęliśmy w końcu na przełęczy, a oczom naszym okazała się Dolina Pięciu Stawów.

Na Krzyżnem zrobiliśmy dłuższy postój. Nie byliśmy pewni kierunku, w którym chcemy dalej podążać, do tego piękny widok kusił i zapraszał, by sobie usiąść i patrzeć. Od napotkanej dziewczyny dowiedzieliśmy się, że Orla jest oblodzona, szczególnie na Granatach i że spacer tamtędy nie jest dobrym pomysłem. Posiedzieliśmy i pośmialiśmy się z dwóch dziewczyn, które ruszyły właśnie w tamtym kierunku, ale okazało się (poczuliśmy się w obowiązku poinformować je), że poszły tylko kawałek, zrobić sobie zdjęcie.

Sugestia o zejściu na dół, do doliny, była raczej wyraźna, zresztą w końcu, po tylu razach obserwowania jej z góry, chcieliśmy postawić tam swoją stopę. Zatem: kierunek dół. Droga prowadziła zboczem, trochę schodzenia w dół, a trochę trawersowania. W międzyczasie obserwowaliśmy nieznane do tej pory szlaki – podejście doliną Roztoki i żółty, prowadzący w okolicy Mnicha. W końcu zejście zamieniło się w spory trawers, którym zeszliśmy na sam dół.

Zegarek informuje, że nie mamy zbytnio czasu na odwiedzanie schroniska, trzeba wziąć kuper w trok i ruszyć w kierunku wyjścia, żeby chociaż w okolicy zmroku być w bezpiecznym terenie. No to ruszamy: skręt w prawo i czarnym maszerujemy wzdłuż stawów, w kierunku odbicia. Mijamy ludzi, pytamy ich o drogę: od tej strony ma być OK. Przy okazji otrzymujemy prośbę o sprawdzenie, czy z dwójką taterników, wspinających się na Zamarłej, jest wszystko w porządku. Przy podejściu w kierunku przełęczy spotykamy innych ludzi – znajomych tychże taterników, którzy mówią, że dopiero co z nimi rozmawiali; być może turyści nie zauważyli, że taternicy wiszą… ale na stanowisku. Niemniej jednak lepiej reagować w tę stronę, niż zostawić człowieka w górach.

Podejście powoli robi się coraz bardziej strome, aż w końcu wchodzimy w skały. Myśleliśmy, że podchodzić będziemy żlebem, ale szlak wyrzuca nas na ścianę i wpycha w trawers po łańcuchach. Zakładamy raki, które na niektórych ośnieżonych fragmentach pomagają, ale przy chodzeniu po gołej skale zdecydowanie irytują. Hipcia na szczęście zauważa rozejście szlaków, bo pewnie odruchowo poszlibyśmy czerwonym – na Kozi Wierch. Na przełęczy jest trochę pośpiechu, nawet nie zdążyłem popatrzeć w górę na słynną drabinkę.

Kozia Przełęcz i zejście w kierunku Hali Gąsienicowej okazała się tak stroma, jak ją zapamiętałem. Do tego mamy wystawę północną, więc na dzień dobry dostajemy śnieg i łańcuchy. Schodzimy powoli, najbardziej stromy fragment pokonujemy z łańcuchami, potem jest zejście (nadal strome) po wyraźnych śladach. W końcu schodzimy na płaski, ośnieżony teren. Wtedy powiedziałem do schodzącej jeszcze Hipci, że najgorsze już za nami. I sobie wykrakałem.

Za chwilę śnieg zniknął, a pojawił się lód. Pół biedy, gdy ścieżka była wyraźna; robiło się jednak ciemno, a ślady cudzych raków na lodzie stawały się coraz mniej widoczne. W końcu dotarliśmy do jednego miejsca, z którego ślady odbiegały na kilka kierunków, ale żadne nie szły w dół, za to na dole (cztery-pięć metrów niżej) widać było miejsce, w którym szlak kontynuuje bieg. Włączyliśmy czołówki; znalazłem wystający z lodu fragment lańcucha i zacząłem skuwać lód czekanem, w tym samym czasie Hipcia znalazła zejście.

Uff, muszę przyznać, że zrobiło się nerwowo. A to był tylko początek przygody, chociaż rozpoczęty najgorszym momentem. Dalej było to samo: wygodne fragmenty schodzenia po lodzie przeplatane naprawdę stromymi i wrednymi kawałkami. W oddali widać było tylko świecące czołówki innych ludzi, a my mozoliliśmy się z lodem. Każdy fragment trzeba było schodzić bardzo powoli i bardzo uważnie, na szczęście im niżej, tym wyraźniej widać było, którędy prowadzi szlak. Niemniej jednak, gdy dotarliśmy do rozejścia ze szlakiem czarnym, okazało się, że szliśmy pół godziny dłużej, niż przewidziała to mapa. A to wcale nie był koniec zabawy – dalej w dół, dalej po lodzie, dalej stromo… w końcu jednak doszliśmy do niebieskiego, który akurat zszedł z Zawratu i nim podążyliśmy w kierunku Hali Gąsienicowej.

Po drodze widzieliśmy kogoś, kto wychodził na Karb i szedł granią Małego Kościelca; przez chwilę zastanawialiśmy się, czy jego migające światło to rozglądanie się, czy szukanie pomocy.

W końcu, gdy minęliśmy najbardziej paskudny moment przy zejściu do Hali Gąsienicowej, zapanował spokój, a chwilę później pozbyliśmy się raków. Potem już tylko pozostało żmudne zejście na poziom stawu, zejście do samej Hali, minięcie Murowańca rozświetlonego przez ludzi obchodzących Dzien Ratownika Górskiego i wyjście na znany szlak.

Schodzilismy niebieskim, już srogo zmęczeni, bo przez przygody z lodem dodaliśmy sobie dobrą godzinę do marszu, a z wyjątkiem posiadówki w Murowańcu i chwili odpoczynku na przełęczy Krzyżne, nie mieliśmy żadnych przerw – w tym zejście do piątki i przejście z powrotem do Gąsienicowej zrobiliśmy bez żadnej przerwy. W końcu jednak zajaśniały światła Kuźnic, zeszliśmy naszym ulubionym asfaltem do ronda, a tam już, już zaraz, czekał na nas samochód.

Jeden z naszych najciekawszych górskich dni właśnie dobiegł końca.

Dzień czwarty: krótko i na temat. I lekko.

Trasa:
Cyrhla – Wielki Kopieniec – Cyrhla

Na sam koniec, ostatniego dnia, trzeba było zrobić jakąś spokojną trasę. Ja bym pewnie już jechał do domu, bo w końcu wiem, jak paskudnie bywa pod koniec drogi, jednak Hipcia chciała, a jak Hipcia chce… to trzeba i basta!

Padło na Wielki Kopieniec. Zaparkowaliśmy samochód elegancko przy wejściu na szlak i ruszyliśmy. Minęliśmy zabudowania i weszliśmy w las; na początku szlak prowadzil lekko pod górę, potem, po rozbiciu z czerwonym, zrobiło się trochę bardziej stromo, aż wyleźliśmy na Polanę pod Kopieńcem.

Pozostało kilka minut wchodzenia na sam szczyt i już siedzieliśmy i cieszyliśmy oczy widokiem ukrytych w dali, ośnieżonych szczytów, przed którymi jak dywan górowała zieleń wierzchołków drzew. Musieliśmy trochę zawinąć się w kurtki, bo strasznie wiało, ale od strony schowanej od wiatru, widok był tylko na Zakopane… a tak było nam wygodnie.

W końcu nadszedł czas na powroty: zawinęliśmy na dół drugą częścią szlaku, zeszliśmy z powrotem do samochodu, zapakowaliśmy się i…

Zakończenie

… szybki „obiad” w McDonald’s i potem tylko jazda, jazda i jazda. W domu bylismy gdzieś w okolicach północy, akurat, by wszystko ogarnąć i położyć się spać.

A kiedy kolejny wyjazd?!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>