Samodzielnie w Tatrach

Po czterech rowerowych weekendach wpadliśmy na pomysł wybrania się Gdzie Indziej. Jura nie brzmiała zachęcająco (zwłaszcza, że byliśmy tam trzy razy w tym roku), więc skuszeni obietnicą pięknej pogody (miało nie padać, a w górach jest chłodniej – ważny argument przy zapowiadanym rekordzie temperaturowym) postanowiliśmy wyruszyć w Tatry. Czasu mało (bo tylko weekend), droga daleka, ruszyliśmy w piątek wieczorem (przed 21:00). Droga ułożyła się bardzo dobrze – żadnych korków, minimalnie stracony czas na bramkach na A4, prawie brak postojów i dojechaliśmy nieznacznie przekraczając Google’owy czas dojazdu – prawie 5,5 h.

Jest 2:30. Kimono w aucie. Pobudka tuż po piątej, przepakowanie, przebranie się i marsz w górę. Ludzi niewiele, zresztą większość chodzi przez Boczań, nie przez Jaworzynkę. Mimo że wydawało mi się, że wleczemy się niemożebnie, na Hali Gąsienicowej byliśmy w niecałe 2 h. Betlejemka zapchana. Stanęliśmy w Murowańcu na piwo, po namyśle postanowiliśmy jeszcze poczekać aż otworzy się przechowalnia bagażu. Wrzuciliśmy tam plecak (niosłem spakowany na wyjście plecak wspinaczkowy wewnątrz dużego plecaka) i ruszyliśmy w górę, uprzednio wpisawszy się do książki wyjść. Na WHP 100 miał być tylko jeden zespół. Tempo zarzuciliśmy na podejściu dobre, więc po chwili mijaliśmy Czarny Staw. Hipcia w międzyczasie doceniała plusy camelbaka (a tak strasznie była niezadowolona gdy go kupiliśmy). Pogoda – znośna: nie pada, mocne słońce. Na podejściu robi się cholernie gorąco. Po chwili już schodziliśmy ze szlaku pod skałę (w towarzystwie stadka kozic)… gdzie okazało się, że jesteśmy trzecim zespołem – dwa działają w skale (w tym niższy strasznie wolno), trzeci właśnie się szpei.

Posiedzieliśmy chwilę i uznaliśmy, że nie chce nam się czekać. Wbiliśmy w pobliską WHP 101. Pierwszy wyciąg poprowadziła Hipcia. Drugi – był zagadką. Z topo nie wynikało gdzie są „gzymsy” – przetrawersowałem więc w bezpieczne miejsce pod okapem (po drodze mijając jeden paskudny, duży, ruszający się blok, za który trzeba było, niestety, chwycić). Dalej droga zaczęła się zgadzać ze schematem, przetrawesowaliśmy rysą w prawo i zacięciem do góry wyszliśmy na trawki, którymi dotarliśmy na Mylną Przełęcz. Rozważaliśmy zbicie do „setki”, ale trzy zespoły na drodze nadal się grzebały.

Postanowiliśmy uderzyć w Grań Praojców – Szafę poprowadziłem ja, ściągnąłem Hipcię i wypuściłem za kolejny wierzchołek. I czekam… czekam… czekam… Zadzwonić nie było jak, bo brak zasięgu, w końcu zamotałem bloker na obu żyłach i tak zbierając po kolei linę wyszedłem na górę. Tam okazało się, że JKW dość długo motała się ze stanowiskiem, do tego strasznie przełamała linę i nie mogła jej wybrać. Gdy już dotarłem splątała się lina i to tak, że dłuższą chwilę musiałem ją rozplątywać. Postanowiliśmy zjeść coś i obejściem dotrzeć na Kościelcową, zwłaszcza, że tuż przed nami na Grań wbijała się dwójka dziewczyn, z czego jedna była bardzo przerażona. Jak postanowiliśmy – tak zrobiliśmy, po chwili montowaliśmy się już pod Drogą Gnojka. Pierwszy wyciąg prowadziła Hipcia, drugi – aż do końca (łącząc dwa ostatnie wyciągi) pociągnąłem ja (przy okazji na ostatnim stanowisku wykorzystując nabyte umiejętności w zakresie budowania stanowiska brytyjskiego).

Na miejscu posiedzieliśmy chwilę, odpoczywając i relaksując się, potem wstaliśmy i zeszliśmy z Kościelca na Halę (przez Pojezierze). Naprawdę dostałem w kuper – nogi, co nigdy mi się nie zdarza, uginały mi się już na zejściu. W Murowańcu zrobiliśmy przerwę piwno-obiadową, wypiliśmy całkiem sporo złocistego napoju, posiedzieliśmy z napotkanym kolegą… i zrobiło się ciemno. Ponieważ nie mieliśmy gdzie zanocować zaszyliśmy się w pewnym miejscu, rozłożyliśmy maty i zakopaliśmy się w śpiworach. Bezchmurne, gwiaździste niebo, spokój i cisza.

Pierwszy budzik zadzwonił bardzo wczesnym rankiem, ale zignorowaliśmy go i wstaliśmy gdy już było jasno. Szybko spakowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku Murowańca, mijani przez pierwsze wychodzące zespoły. Uzupełniliśmy picie i znowu depnęliśmy na Czarny Staw, stamtąd odbiliśmy pod Filar Staszla, gdzie działały trzy zespoły (w książce wpisany był jeden!). Postanowiliśmy to olać, przenieśliśmy się na Prawe Żebro, gdzie bylibyśmy pierwsi… gdyby nie to, że splątała się nam lina. Przepuściliśmy zespół, który był przed nami… trochę zły pomysł, bo na pierwszym wyciągu się grzebali. Potem w końcu ruszyła Hipcia… i utknęła za drugim w poprzedzającym zespole (po drodze jeszcze mu pomagając). A ja siedziałem… siedziałem… nuda… nic się nie dzieje… w końcu zadzwoniłem (ach, ta technika) i dowiedziałem się, że Hipcia już plącze stanowisko (i to w paskudnym miejscu – pociągnęła dwa wyciągi na jeden, bo poprzednie stanowisko zajął drugi zespół). Dalej poszliśmy dokładnie tak, jak na kursie – w tym wariantem (IV-V) na lewo od Iglicy.

Ostatnie trzy wyciągi (II/III) poszliśmy metodą „na spitojeba” – wspinaczka była bardzo prosta, co jakiś czas trafiał się hak, więc w zasadzie nie było po co się dodatkowo asekurować – gdy człowiek uznawał, że można by coś utknąć, akurat w zasięgu wzroku pojawiał się spit… Na ostatnim wyciągu Hipcia postanowiła jednak wykorzystać swoje umiejętności osadzania mechaników. Efekt był taki, że prawdopodobnie lina wepchnęła frienda aż do pełnego ścisku krzywek; dopiero przy wykorzystaniu znalezionego kamienia (a rysa była wyczyszczona!) udało mi się jebadełkiem wybić go do pozycji, gdzie można go było normalnie wyciągnąć (a już miałem wrażenie, że będziemy mieli „swój” stały punkt na tak popularnej drodze).

Po chwili byliśmy już na szczycie i zaczęliśmy kombinować nad dalszym planem – mogliśmy zjechać i zrobić Środkowe Żebro, wyjść na górę, do szlaku i pociągnąć Orlą do Krzyżnego albo po prostu zjechać i pójść do domu. Zdecydowaliśmy się na to pierwsze rozwiązanie – gdy zjeżdżaliśmy odezwała się burza, więc wiadomo było, że już na dziś koniec wspinania.

Zjazdy poszły sprawnie (chociaż kiepsko mi się upchnęła lina do plecaka przy zjeździe z wydawaniem z pleców), na samym dole schowaliśmy szpej i podziwialiśmy jak zespół, który zjechał po nas jak gdyby nigdy nic stoi sobie pośrodku żlebu i tam się rozbiera… czekając chyba na spadające kamienie.

W międzyczasie zaczął padać deszcz, zbliżyła się burza, więc sprawnie zeszliśmy do Murowańca, gdzie przywitał nas tłum wycieczkowiczów stłoczony wewnątrz (bo na zewnątrz padało). Udało się na szczęście coś zjeść (szarlotkę, postanowiliśmy nie dawać po 25 zl za zdechłego kurczaka), pozostało tylko zejść na dół, spakować się do auta, zjeść coś (na Krupówkach jest taniej niż w Murowańcu) i zawinąć do domu.

Podsumowanie:
- pierwszy samodzielny, udany wyjazd w Tatry,
- wspinaczkowo drogi nie były żadnym wyzwaniem, z asekuracją nie przesadzaliśmy (w większości trudności II-III),
- operacje sprzętowe wymagają większego zainteresowania, bo tempo trochę kuleje,
- zupełnie niechcący udało się zrobić (pierwszego dnia) trzy nieznane nam drogi.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry, Góry - wspinaczka i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>