Ciało w borze się wspinało

Prawie w borze. Konkretnie – w lesie. A jeszcze konkretniej – w okolicy Łabajowej, bo tam, zupełnie przypadkowo, spędziliśmy większość czasu.

Pierwszego dnia skupiliśmy się na Lipnej Ścianie, prowadząc coś tam w trudnościach do VI i wędkując na VI+ i VI.1 (przy okazji szukając patentu na jedną paskudną, siłową szóstkę). Tegoż dnia wieczorem spotkaliśmy Piotra, który (wyjątkowo) prowadził kurs w Będkowskiej. Ustawiliśmy się na spotkanie w Tatrach, w które mamy nadzieję pojechać po maratonie w Radlinie.

Następny dzień zaczął się pechowo, bo przy wieszaniu wędki podhaczona gdzieś lina gwałtownie się odhaczyła, wskutek czego uderzyłem się w stopę. Nie bolało, więc wspinaliśmy się dalej, pod koniec dnia prowadząc Potańcówkę (VI), której nie chciałem prowadzić od razu – dzień poprzedni dał mi potężnie w kość. Pod koniec zabawy poprowadziłem zaległą Drogę Pionierów (V), z którą miałem „porachunki”, bo dwa lata wcześniej zrezygnowałem z niej po dwóch metrach. Trudności, jak widać, niewygórowane, ale za to droga prezentuje bardzo przyjemne i długie wspinanie.

Już zjeżdżając poczułem, że coś jest nie tak. Dałem się podpuścić na kolejną drogę… i to był koniec. Stopa rozbolała i to cholernie, Hipcia zrobiła jeszcze dwie drogi i zwinęliśmy się do samochodu, wlokąc się krok za krokiem. Na szczęście mogłem prowadzić samochód, więc pojechaliśmy do apteki po Altacet. W Dolinie B. zaległem przy potoku, mocząc stopę w wodzie i pijąc piwo. GOPR-owcy nie powiedzieli mi więcej niż wiedziałem, więc czekałem tylko na kolejny dzień, by dowiedzieć się co z tą nogą będzie dalej.

Trzeci dzień zaczął się bezbólowo. Owszem, wspinaczka musiała już odpaść, ale mogłem normalnie chodzić i asekurować. Tym razem Hipcia bawiła się na Łabajowej, a ja byłem za obsługę (przenieś, przewiń, przyasekuruj i dodatkowo „machnij się na górę, podwieź i zjedź”). Z ciekawszych wyników: RP padło W Oka Pnieniu (VI).

Po powrocie wybraliśmy się na rower, zaliczyć kilka gmin.

Czwarty dzień to znowu indywidualne dokazywanie Hipci, rozgrzewkowy Wielki Filar (V) i oba wyciągi zrobione na raz (co skutkowało przepinaniem się przy pierwszym stanie, bo lina się skończyła). W międzyczasie kilka razy padało (ze dwa razy mocno), przenieśliśmy się więc gdzieś na suchą ścianę – pod Misiaczka. Tam korzystając z tego, że H. poszła oglądać inne skały (Fraszka, Jebel), próbowałem zrobić solo (z asekuracją) Lewego Misia (spokojnie, tylko III). Gdybym miał sprawną nogę, to przesolowałbym całość, ale bałem się, że gdzieś ta noga się odwinie i zlecę. Niestety, na wysokości drugiej wpinki nadeszła Hipcia i wzięła się za asekurowanie. Przynajmniej miałem tę odrobinę wspinania.

Potem już tylko asekuracja, Hipcia robi pozostałe oba Misie (IV i V), piątkę (Skwirczyński nieznany) na Fraszce i V+ na Jeblu (Środkowy Jebel). Poza tym wędkowanie na kilku drogach o trudności VI.

Stan na teraz, czyli podsumowanie: zapasu wystarcza na prowadzenie RP do VI.1+, może VI.2. OS powinny wpadać wszystkie drogi do V+ i większość VI, potem zaczyna się loteria. I teraz pozostaje zagadka: czy prowadzimy to, co może paść najdalej w trzeciej próbie, czy ciśniemy na cyfrę i patentujemy pojedynczą drogę…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skałki, Wycieczki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>