Drugi raz w Będkowskiej – jeszcze raz i będzie już seria

Wstęp

Jeśli powiedziało się „A”, to trzeba powiedzieć i „psik!”. A żeby o wyjazdach wspinaczkowych można było mówić w kategorii serii, potrzeba co najmniej trzech; z kolei, jeśli ma się jeden wyjazd na koncie, to naturalną kolejnością dążenia do trójki jest pojechanie na drugi wyjazd. Tydzień wcześniej weekend spędziliśmy raczej rowerowo i siatkówkowo, na ten z kolei zapowiadano raczej sympatyczną temperaturę, czyli gdzieś w okolicach dwudziestu; bardziej na wspinanie niż siedzenie w wodzie. Zatem Mazury odpadły, przygodo – nadchodzimy!

Wyjazd tradycyjnie o drugiej w nocy. Droga poszła sprawnie, mimo jednej półgodzinnej drzemki trzydzieści kilometrów od celu. Najwyraźniej siedzenie do drugiej w nocy z czwartku na piątek nie było dobrym pomysłem. Gdy zajechaliśmy na pole, akurat zaczął rozpędzać się deszcz. Po sprawdzeniu, że nasza miejscówka jest wolna, pozostało nam polożyć się w samochodzie i poczekać, aż deszcz da sobie spokój – po półgodzinnej drzemce mogliśmy już się rozbić, zjeść śniadanie i ruszyć pod skały

Dzień pierwszy, czyli dużo lepiej niż ostatnio

Hipcia przygotowując wyjazd, wypisała wszystkie skały, które mogą nas interesować. Wybór pada na Psiklatkę. Trochę obawiamy się tego, bo świeżo po deszczu skała może być mokra; rozkładamy jednak wszystkie zabawki, na początek chcąc spróbować prostą drogę – trójkowego Szczeniaka. Ze szczeniakiem jak to ze szczeniakiem, trochę zabawy, ale zero męczarni, próbujemy zatem położony tuż obok Wariant Szczeniaka, który miał być odrobinę trudniejszy. W międzyczasie przy stanowisku pojawiają się ludzie, którzy czekają, aż zjedziemy, by powiesić sobie wędkę. Oni wieszają, a my się zwijamy, bo skoro dwie trasy na rozgrzewkę łyknęliśmy spokojnie, to może i warto by było się przyłożyć do czegoś trudniejszego: obok czeka Pies Pogrzebany, wyceniony na sześć, założenie na ten weekend było takie, że jakieś szóstki przewędkujemy. Lecę zatem na górę, obczajam stanowisko, wieszam wędkę, zjeżdżam… i tuż po chwili orientuję się, że pomyliłem stanowiska i wędkę powiesiłem na Strzeż się Psa, wycenionym na VI.1+. Chciałem przewiesić wędkę, ale akurat pojawiają sie ludzie, którzy byliby chętni na tę szóstkę; obiecują, że przewieszą nam wędkę. Czekamy wobec tego, Hipcia marudzi, że niepotrzebnie, bo mogliśmy się wspinać, marnujemy czas i takie tam…

W końcu jednak ekipa zmyka, Hipcia nie chce, nie będzie i w ogóle nie chce tej drogi, ale na pytanie, czy mam ściągać wędkę, odpowiada „nie ściągaj”. Idę zatem. Początek przyjemny, jest po czym iść, jest za co chwytać. Chwilę później juz robi się mniej chwytów, połogo, stopnie też znikają; ostatnim dobrym jest dziurka na jeden palec. Kawałek dalej jest podchwyt, za pomocą którego trzeba wstać i chwycić klamy nad okapem. Problem w tym, że mam źle ustawione nogi; ostatni stopień jest na prawą. Pierwszy lot robię przy zmianie nogi. Potem – trzy kolejne przy próbie wstania; jakoś stopień nie chce zadziałać. Do tego Hipci w asekuracji przeszkadzał pies ekipy, która podwieszała nam wędkę, a teraz wędkowała na Strzeż się psa, psiak upatrzył sobie miejsce między nogami Hipci jako idealne schronienie przed słońcem. Mi po kilku lotach pozostaje natomiast tylko zjazd na dół, bo od wciskania w ten stopień boli mnie prawa stopa. Wykazać za to może się Hipcia, która podchodzi pod stopień, przezornie bierze blok, myśli chwilę, po czym staje, chwyta klamy; trochę jeszcze kombinuje z podejściem, ale w końcu wychodzi na szczyt. Skoro jej się udało, to muszę i ja: tym razem kluczowe przejście robię bez problemu, nie zwróciłem uwagi na to, co zrobiłem, ale Hipcia mi uświadomiła to, o czym zapomniałem: dupa do ściany! Droga jak najbardziej do poprowadzenia przy kolejnej okazji, bardzo dobrze ubezpieczona, jakby co, można fruwać.

Po zdjęciu wędki udaliśmy się na Super Burka – czwórkę z plusem, którą mieliśmy w planie zrobić podczas ostatniego wyjazdu, podwiesiliśmy na prośbę innego zespołu wędkę (przy okazji edukując ich w sprawie wędkowania z ringów – bo taki mieli zamiar). Ogólnie – ringi na Psiklatce były strasznie wytarte, widać, że apele o szanowanie ringów zjazdowych nie trafia do wszystkich; w końcu to taki wielki problem – podpiąć linę ekspresem lub HMSem…

Skoro już poczwórkowaliśmy, to postanowiliśmy popiątkować – Dingo, wyceniony na równe pięć, wydawał się dobrym pomysłem, zwłaszcza, że Hipcia po zrobieniu tamtej szóstki czuła Moc. Niestety, Dingo nie był wyzwaniem – bardzo przyjemna droga, niezbyt trudna, bardzo szybko udało się nam ją poprowadzić.

Chcieliśmy jeszcze skoczyć na drugą stronę – zgodnie z informacjami tylko na Mniszku nie wolno było się wspinać; za ostatnim filarem przywitała nas tabliczka „Teren Prywatny” i ładnie wyrobiony trawniczek. W internecie pisano coś o nieobowiązującym znaku zabraniającym wejścia, zatem naszliśmy teren i zapytaliśmy akurat napotkanej właścicielki o możliwość wspinu. Niestety – ta część jest wyłączona ze wspinania, teraz jest ogródkiem. Skoro tak, to tylko posmęciliśmy pod Dziurawym Bernardynem, obserwując start i poszliśmy dalej. Postanowiliśmy przemieścić się gdzieś indziej, mając nadzieję, że wiatr, który coraz bardziej się rozpędzał, nie przyniesie deszczu. Po krótkim spacerze dotarliśmy do samochodu i postanowiliśmy odwiedzić Chochołowe Skały. Dojechaliśmy bez problemu, przeszliśmy przez łąkę z gromadą szalonych much, czy innego ustrojstwa (które na szczęście nie gryzło) i po chwili spaceru zidentyfikowaliśmy Krzyżową Turnię. Na skałach pusto. Co prawda zaczynało kropić, ale mieliśmy nadzieję, że się uda. Przymierzaliśmy się do Kikuta, doszedłem do pierwszej wpinki, gdy zaczęło padać mocniej. Zrobiło się ślisko i na wszelki wypadek zrezygnowałem ze wspinania. Na pocieszenie, szczególnie Hipci, pod skałą napiliśmy się piwa (kierowca – bezalkoholowej lemoniady o smaku piwa) i zawinęliśmy się przez łąkę do samochodu – niby padało, ale muszyska nie dawały za wygraną.

W planach mieliśmy jeszcze ewentualnie wspinanie nocne, gdyby deszcz przestał padać. Faktycznie przestał padać i zaczął lać. Hipcia w sumie chciała aby się rozpadało, żeby nie mieć wątpliwości co do słuszności decyzji o zakończeniu wspinaczki na dzisiaj. Deszcz miał padać tylko przez czas jazdy samochodem, jak się jednak okazało zbyt dosłownie zrozumiał prośbę Hipci i padał aż do wieczora.

Na polu namiotowym przywitala nas grupa namiotów rozbita na szczęście w rozsądnej od nas odległości; odgrodziliśmy się od nich autem i władowaliśmy do namiotu. Deszcz padał… my zasnęliśmy… deszcz przestal padać… zbudziła mnie Hipcia i kazała wyłazić. W końcu trzeba było się wybrać na długo oczekiwany spacer po Będkowskiej. Największą atrakcją miała być wizyta pod kultową Dupą Słonia.Nie chciało mi się jak cholera, ale dyskusji nie było, zabraliśmy więc napój wysokoalkoholowy i ruszyliśmy na spotkanie z kultowością. Dupa jak dupa, gładka i mało zgrabna, Hipcia nawet porównywała swój tyłek z nią – po dłuższym i niepozbawionym wątpliwości namyśle przyznałem jednak Hpciowej pupie pierwszeństwo. Będąc pod Dupą i na nią nie wejść to grzech, więc pomacaliśmy skałę, podciągnęliśmy się i zrobiliśmy dwa kroki w górę; Dupa prawie zdobyta. Po tych emocjach i jeszcze krótkim spacerze w głąb doliny zawróciliśmy do namiotu. Tam czekał nas jeszcze grill: rozpaliłem, posiedzieliśmy, pojedliśmy, popiliśmy i po północy poszliśmy spać.

Dzień drugi: inni się kiszą, my mamy spokój

Pierwszy budzik, zgodnie z tym, co przypuszczałbym, gdybym nie udał się od razu na spoczynek, przywitał mnie o piątej rano. Ponieważ nie zamierzałem wstać, budziki odzywały się cierpliwie co jakiś czas, po chwili zastąpione standardowym: Hipcia wstaje – budzi mnie – daje za wygraną – idzie spać. W końcu gdzieś po ósmej decyduję się wstać, jemy śniadanie, pakujemy się do samochodu i ruszamy w stronę Chochołowych Skał. Parkujemy, celujemy w Krzyżową Turnię i przez nikogo nie niepokojeni rozwijamy się pod napoczętym dnia poprzedniego Kikutem. Sama droga, na szczęście sucha, okazuje się być łatwa, zatem planujemy zrezygnować z sąsiedniego Panelika (która ma tylko inny start, ale końcówkę tę samą) i montujemy się pod piątkową Drogą Wolnych Skojarzeń. A skojarzenia, skoro wolne, to mam takie, że coś mi nie pasuje. Niby coś tam jest na tej drodze, ale jakoś tak nie do końca. Nic to, wsiadam i walę – teren do pierwszej wpinki nawet wygodny, potem coś się psuje. Widzę klamę na górze, ale brakuje mi czegoś po drodze. Jest jeden wymagnezjowany chwyt, który nijak jednak mi nie leży. Na wszelki wypadek zmieniam ekspres na HMSa i próbuję iść ku górze. Kolejny obrazek to moja wyciągnięta noga zsuwająca się po boku łebka Hipci i gleba, która zmaterializowała się kilkanaście centymetrów pode mną; podmiana na HMS i refleks Hipci uratowała całość mojego kupra. Pięknie wyłapany lot pociągnął za sobą lewą rękę Hipci (brakło odruchu puszczenia ręki), mięsień znowu się nadciągnął i musieliśmy zabandażować.

Nie odpuścimy tego tak – wchodzę sąsiednim Panelikiem, podwieszam wędkę (nie ze stanowiska, z jednego z ringów) i zapraszam Hipcię do startu. Siedzi, kombinuje, patentuje, ale wychodzi na półkę na górze; na stanowisko nie ma co się pchać, widać, że największe trudności już za nami. Z kolei próbuję ja, tym razem ustawiam się jakoś inaczej, chwyt, który wcześniej nie działał, nareszcie podchodzi i przechodzę te trudności w zasadzie bez problemu, trochę jest wiszenia w klamach, ale udaje się.

Robimy chwilę przerwy, póki Lewy Chochoł jest zajęty (bo w międzyczasie dotarł jeden zespół; chłopaki coś mówią o asekurancie, który spadł z tego miejsca do tyłu i ściągnął prowadzącego – faktycznie, jest gdzie spadać, ale tylko jak się nie uważa), gdy droga się zwalnia – atakujemy. Ma to być droga piątkowa, początek po kamienistym, omszałym pastwisku, które oceniłbym na II+. Niemniej jednak asekuracja jest – dwa haki i pętla. Dalej robi się pionowo, pojawiają się ringi, ale droga idzie przyjemnie, z ciekawszych momentów jest jeden trawers, gdzie trzeba na średnich chwytach postawić długi krok; dalej do stanu już tylko pod górę, po zarośniętych, omszałych kamieniach. Na piku jest przyjemnie, pojawia się piękny widok na kolumnadę samochodów pod Słonecznymi, ale Hipcia nie chce wchodzić na drugiego – zjeżdżam i z kolei asekuruję – tylko mi prycha, gdy przechodzi przez ten trawers, przed którym ostrzegałem (bo pytała, czy jest coś trudnego), potem narzeka, że niepotrzebnie straszyłem. Skoro tak łatwo, to czwórkowy-z-plusem Zakątek też musi pójść: tym razem już Hipcia prowadzi, coś tam modzi przy samym stanowisku kilka razy się wycofując, ale w końcu wychodzi; przywiązuję linę do drzewa i idę po prowiant; gdy przychodzę, lina już jest wybrana, pozostaje się przywiązać i naprzeć. Na górze się okazuje, że Hipcia, zamiast sobie zmotać stanowisko sama (a miała taśmy i fajny ząbek skalny), uparła się korzystać z łańcucha, przez co umęczyła się jak cholera, wybierając linę. Na szczęście z plecaka, który roboczo stanowi torba na linę, wyłania się nagroda za ciężką pracę – piwo. Siedzimy sobie dłuższą chwilą, ciesząc się widokiem okolicy; na Witkowych też jakiś zespół wpada na to samo, ale na nasze machanie nie reaguje. Myśleliśmy o podwieszeniu wędki pod sąsiednią szóstkę, ale nie byłoby jak tego rozsądnie asekurować (krzaki), więc rezygnujemy i zjeżdżamy na dół. Jako punkt kolejny myślimy o przejściu na Baraszki, tam jednak wchodzimy prosto na tabliczkę „Teren Prywatny” zatem zawracamy i decydujemy się wrócić na Słoneczne.

Na Słonecznych myśleliśmy o Domowym Przedszkolu, ale jako że jest zajęte, obchodzimy dookoła Filarek Bularza i od tyłu, w miejscu, gdzie w zeszłym roku powstało kilka nowych dróg (Cyrk Słonecznych), rozkładamy się pod Luz Bluszczem. Droga bardzo przyjemna i ładna, bluszcz pokrywający skałę robi bardzo fajne wrażenie. Wchodzimy oboje, potem czas na Piętę Achillesa, którą pokonujemy chyba trochę naokoło, ale nie jest to pora i czas (przynajmniej dla mnie) na wyzwania, po przejściu ustalamy, że chyba zboczyliśmy z drogi, poprawimy przy kolejnej okazji. Teraz już trzeba tylko zwinąć linę, zapakować się do samochodu i wrócić pod namiot.

Na polu namiotowym Hipcia proponuje mi drzemkę, jem coś i zasypiam na godzinę. Budzi mnie głos mówiący „burza idzie”. Po chwili grzmoty się zbliżają, więc na pełnej prędkości składamy namiot, deszcz uderza w momencie, gdy do poskładania zostaje tylko grill. Składamy go już w samochodzie i ruszamy; daleko jednak nie dojeżdżając, bo na siódemce czuję, że to jest bardzo zła pora – zawijam na pierwszą z brzegu stację i zasypiam. Dwie godziny później jestem innym człowiekiem i mogę już jechać – z tankowaniem w Radomiu, bo tam 16 groszy taniej na litrze ;) W domu jesteśmy na wpół do trzeciej i po raz trzeci w ciągu kilku godzin mogę w końcu położyć się spać

Podsumowanie

Było lepiej i ciekawiej niż podczas poprzedniego wyjazdu. Przede wszystkim było pewniej, wiedzieliśmy, czego się spodziewać, podeszliśmy do tematu zupełnie inaczej. Cieszy również przewędkowana szóstka, trzeba pilnować wędkowania na trudniejszych drogach i pilnować rozwoju. W domu podwieszony został drążek, trzeba ćwiczyć.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skałki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>