Jesienna Jura

Wskutek kilku nieprzyjemnych zdarzeń nasze rowery zostały unieruchomione, więc na listopadowy długi weekend (1-3 XI) rozważaliśmy wyjazd w Tatry. Najpierw miał być trekkingowy, później wspinaczkowy… Chodzenie po górach jakoś tak samo z siebie poszło na bok, rozważana była opcja wspinaczki, ale dzień coraz krótszy, a jazda przez całą noc, po czym bieg na górę i kolejny bieg pod ścianę nie napawały mnie optymizmem. Z drugiej strony wyjazd na Jurę z moim dopiero co zaleczonym (ale jeszcze nie wyleczonym) nadgarstkiem również nie zachęcał do nadmiernych wybuchów entuzjazmu. Niemniej jednak można było oczekiwać, że ze względu na datę tłumów nie będzie. A to plus.

W końcu padło: jedziemy do Będkowskiej. Spakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy gdzieś nad ranem. Jeszcze „nowa” trasa, przez Piotrków i Częstochowę minęła szybciutko i w niecałe cztery godziny (w tym kwadrans snu) przebyte w towarzystwie „Hobbita” byliśmy już na miejscu. Pod Brandysówką przywitała nas oszroniona łąka i lód w niektórych wiaderkach przy gospodarstwie. I – nowość – wybieg dla koni zajmujący część pola. Rozbiliśmy sobie (jako jedyni) namiot i nie chcąc nikomu przeszkadzać wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy na Słoneczne.

Jest pierwszy listopada. Słońce przyjemnie świeci, na skałach pusto, a my rozkładamy się pod Ostatnią. Zaczęliśmy od jakieś rozgrzewkowej trójki, po czym z planem na spokojne wspinanie, by zaufać tej paskudnej, śliskiej skale (po Tatrach była zupełnie jak mydło), ruszyliśmy na Domowe Przedszkole (IV+). Nie panel to, nie panel! Co z tego, że takie drogi powinniśmy robić na spokojnie, brak obycia ze skałą wychodzi. Skończyło się na wędkowaniu po tym, jak napotkałem „trudności” i na wszelki wypadek obszedłem je bokiem. Potem okazalo się, że trudności nie ma, jest za to dyskretna i pojemna klameczka która pozwala się wygodnie wpiąć.

W związku z tym, że stanowisko pozwalało na dobranie się do dwóch kolejnych dróg: Spitostrady (VI) i Filarka Ostatniej (VI.1+), postanowiliśmy się tam chwilę pomęczyć. Pierwszą z tych dróg udało mi się przewędkować w ciągu, na drugą potrzebowałem dwóch bloków, wywołanych bardziej chęcią o nieprzemęczanie lewej ręki niż faktycznymi trudnościami. Hipci szło równie dobrze, ale postanowiliśmy się nie wychylać z prowadzeniem.

Pogoda zachęcała do rozleniwienia się. Co prawda wiał silny wiatr, ale było ciepło (coś około 10 stopni). Minęły nas tylko trzy-cztery ekipy, pusto, spokojnie, ciepło. Ciepło na zewnątrz, ale skała była chłodna. Mi to średnio przeszkadzało, ale Hipcia chuchała i dmuchała w ręce, probowaliśmy je otejpować (ze średnim skutkiem).

Zakończywszy i znudziwszy się tą stroną Ostatniej przeszliśmy na drugą, zacienioną stronę, gdzie bez problemu wgramoliliśmy się na Jarzębiak (V), ja prowadziłem, Hipcia zrezygnowała z tej rozrywki, ręce nierzadko puszczające od chłodu skały zachęcały do wędkarstwa. Przewędkowaliśmy drogę dwa razy, po czym niespiesznie przeszliśmy pod inną skałę, gdzie poznaliśmy się ze Shrekiem (V+): droga prosta, ale wyślizgana jak nieszczęście. Na sam koniec przeszliśmy jeszcze we dwójkę Prestidigitatora (V-) i w związku z zapadającym zmrokiem zwinęliśmy na pole namiotowe.

Na miejscu przeszliśmy się jeszcze na piwo na Czarcie Wrota. Tam zasiedliśmy na dłużej: był ciepły wieczór i jakoś nie chciało się wstawać. Gdy się zebraliśmy, na polu zrobiliśmy jeszcze na dobranoc grilla,  z którego zgonił nas deszcz, musieliśmy chować się w altance.

Następnego dnia pomknęliśmy na Łabajową. Skała była sucha, ale cholernie zimna. Wzięliśmy się za Mniszkową i tam podwiesiliśmy sobie wędki, wędkując wszystkie na niej drogi – od V- do VI.2. Prowadzenie było jedno: Ambona (V-). W międzyczasie posiedzieliśmy sobie trochę na szczycie, rozglądając się po terenie. Byliśmy sami, później dopiero pojawiły się dwie ekipy, jedna z nich wieszała tyrolkę (zjechali po razie, na krótko przed zmrokiem).

Zostawiliśmy Mniszkową i przejęliśmy PeZetPeEr (IV+), skała była jeszcze bardziej zimna i prowadząc musiałem grzać sobie dłonie, bo traciłem czucie w opuszkach palców. Tradycyjnie podwiesiłem wędę, Hipcia przewędkowała tę, a potem oboje przedreptaliśmy TRADycyjne pasożytnictwo (V).

Zapadł zmrok, więc, tradycyjnie, na polu namiotowym zrobiliśmy sobie krótki spacer i grilla.

Na kolejny dzień zapowiadany był deszcz. Udalismy się na Witkowe Skały, tam najpierw przeszliśmy Mistrzów Paździerza (V-), a potem patentowaliśmy szóstkowe Polowanie na Czerwony Paździerzyk. Gdy wypoczywaliśmy na górze, po ostatniej próbie przejścia, zaczęło kropić. Rozpadało się o tej godzinie, o której prognozowano, co do minuty. Wobec takich argumentów mogliśmy tylko spakować wszystko, wskoczyć do auta i (zebrawszy namiot z pola) pojechać do domu.

Na koniec dwa słowa podsumowania. Wartościowych sportowych przejść nie było, ale nie taki był plan: było nim oswojenie się ze skałą, przyzwyczajenie się do niej, bo, jakby nie patrzeć, doświadczenie mamy mniej niż marne. Do tego sytuację skomplikowała temperatura (Hipcia nie czuła w ogóle skały) i mój nadgarstek (który chciałem oszczędzać tak, jak to było możliwe). Mimo tego, upewniliśmy się co do tego, że prowadzenie dróg o trudnościach VI-VI+ jest w naszym zasięgu. A zatem – wyjazd udany, doświadczenie zdobyte, czyli cel spełniony.

A kiedy kolejny wyjazd? Ha, już pewnie w 2014.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skałki, Ze zdjęciem i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>