Pierwszy wyjazd do Doliny Będkowskiej: 30 czerwca – 1 lipca

Wstęp

Po przyjeździe z Norwegii mieliśmy kilka planów na weekend, padło jednak na wspinaczkę. Przede wszystkim dlatego, że chcieliśmy możliwie szybko wrócić do cyklu wspinaczkowego i odświeżyć wiadomości nabyte na kursie. Lina i komplet ekspresów czekały już od czasu przed Norwegią, od tego, czy kupimy uprzęże zależało, czy wyprawa się powiedzie; w czwartek jednak udaje się je nabyć. Start odbył się klasycznie, o drugiej w nocy. Plan miałem przebiegły – przejechać całą drogę zgodnie z przepisami. Okazało się, że to świetny pomysł – po bardzo spokojnej drodze w Będkowskiej byliśmy na siódmą rano, w porównaniu z „szybciej” zyskalibyśmy dwadzieścia minut. Z drugiej strony „zyskiem” byłoby też zmęczenie, a tak po prostu rozbiliśmy namiot w zacisznym końcu pola namiotowego i po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodu. Pan kierowca, czyli ja, świeżutki i wypoczęty.

Dzień pierwszy, czyli coś tu nie gra

Rozpakowujemy zabawki pod Witkowymi Skałami, bo tam, jako że to były jedne z niewielu znanych nam skał, postanowiliśmy dotrzeć. Na początek chcieliśmy zacząć od czegoś, jak nam się wydawało, bardzo spokojnego – Wielka Paszcza, na której już mieliśmy okazję być na kursie. Droga znika w miarę szybko, okazuje się, że nawet pamiętamy, jak się przewiązywać do zjazdu (no dobra, dobra, przypominaliśmy to sobie na wszelki wypadek jeszcze w domu). Skoro tak dobrze idzie, to przemieszczamy się z Ptasiej Turni na Rudą, gdzie była droga, której akurat my na kursie nie robiliśmy – Rude jest piękne. „Tylko piątka”, powiedzieliśmy sobie, czując się bardzo mocni, Hipcia weszła i… zaczęły się problemy. Stopnie nie chciały się pojawiać, chwyty były niepewne, nic nie chciało wychodzić. W końcu daje za wygraną, zjeżdża, żebym ja zrobił tę drogę, ona zobaczy. Ruszam… ale pomysłów brakuje. Jakoś tak średnio to idzie, a piątki, to przecież powinien być nasz zakres! Jakimś tam cudem wychodzę na górę bez odpadnięcia, cały zdołowany przewiązuję się i wracam do Hipci.

Świecące słońce nie pomaga; robi się coraz bardziej gorąco, na odstresowanie proponuję nam zrobić Filarek Bały, który, z racji swojej trudności (III+) powinien być relaksujący; okazuje się inaczej: to, co piękne, bo rude, podkopało Hipcię, znika pewność ruchów, znika zaufanie do skały; ja, prowadząc jako drugi, też nie czuję się z tą drogą dobrze. W ramach ogarnięcia się zamierzamy ograniczyć się do maksymalnie IV+, ale już jest za późno, Ławeczka Sokoła (V-), prowadzona przez Hipcię jeszcze jakoś idzie, ale zespołowo robieni Mistrzowie Paździerza to też sporo męczarni – Hipcia idąca na drugiego trochę się męczy.

W międzyczasie pojawiają się obok dwie grupy kursowe, jedna prowadzona przez instruktora, którego znamy z internetu, bo rozważaliśmy uczestnictwo w jego kursie skałkowym. Na nasze szczęście los (tj. dogodniejsze terminy) pchnął nas do Piotra – instruktor ów przekazuje wiedzę, w sposób, który zdecydowanie by nam nie podszedł (chodzi tu o formę przekazywania wiedzy, nie samą merytorykę). Drugi instruktor wygląda na wspinacza, który postanowił sobie dorobić na kursach. Nie wiem, kto to, ale do niego na pewno nigdy bym się nie wybrał: być może jest świetnym praktykiem, ale to nie pociąga za sobą umiejętności pedagogicznych

W okolicy jest jeszcze co robić – Osiołek Matołek wygląda ładnie – ja zaczynam, zabieram się ze dwa-trzy razy z każdej strony – nie idzie, cholera, nie idzie! W końcu udaje się dotrzeć do pierwszej wpinki, z której, może nie tyle lecę, co gwałtownie osiadam na linie, pechowo, bo przycierając sobie skórę pod kolanem. W końcu, znajduję patent i udaje się minąć początek; od drugiej wpinki już jest spokojnie; wyżej… płasko i gładko. To ma być czwórka z plusem?! Na szczęście spostrzegam patent, tak łatwy, że aż się chciało zaśmiać; stamtąd droga po tej już-nie-tak-gladkiej ścianie, to pestka. Przewiązanie, zjazd. Zostawiam Hipci pierwszą wpinkę, na wszelki wypadek i cały w strachu zaczynam asekurację… Hipcia tymczasem… po prostu idzie w górę. To cholerne miejsce na samym początku, gdzie zmarnowałem tyle czasu na patentowanie, łyknęła momentalnie!

Na sam koniec planujemy ostatnią drogę w tych skałach – Prosciutto to piątka z minusem, prowadzę pierwszy, też nie mogę znaleźć patentu, w końcu zaczynam od kantu, nie drogą, ale dzisiaj liczą się już tylko sukcesy, nie drogi. Od kantu, mimo że wpinki robione niewygodnie, to droga idzie ładnie; na górze jest piękna półeczka. Zjeżdżam, informuję Hipcię. Wychodzi i stwierdza, że tam, to chcemy się napić piwa. Zostawiam ja zatem na półce (oczywiście po usłyszeniu „auto”; zasady to zasady), lecę do samochodu, z puszkami wracam pod skałę, montuję się, jedna z puszek się przewraca i pęka (!). Trudno, będzie jedno. Na górze lampa, gorąco, ale piwo jest w miarę chłodne.

Po zakończeniu zjeżdżamy, jak byliśmy pierwsi rano, tak teraz ostatni schodzimy. Mijamy jednak samochód i kierujemy się na Słoneczne Skały – tam będzie jeszcze kilka dróg, które warto zrobić. Po krótkim spacerze lądujemy pod Filarkiem Bularza, gdzie już w cieniu instalujemy się do czwórkowej drogi (zgodnie stwierdzamy, że piątkoplusowy Shrek, to nie wyzwanie na dzisiaj). Hipcia chce prowadzić, dobrze zatem, idzie, ale jest nieprzyjemnie – skała wyślizgana, idzie się nieciekawie, w jednym miejscu pozostaje do decyzji: z dołu lepiej wygląda strona lewa, sugeruję właśnie tę, Hipcia rusza i… bzium, noga się ślizga, Hipcia frunie. Decydujemy się zrezygnować z drogi, po ekspresy ruszam ja, już w górze okazało się, że trzeba było wybrać drogę po prawej; są i stopnie, i chwyty, nie widziałem tego z dołu. Po zjeździe bierzemy się za drugą czwórkę, tuż obok: ruszam ja, Hipcia wchodzi na drugiego, po tym decydujemy, że na dzisiaj może już wystarczy

Pakujemy się do samochodu i wracamy na pole namiotowe; sam namiot jest rozłożony, trzeba wszystko ogarnąć (po co braliśmy materac?!), rozłożyć grilla i tak dalej. Zaczynamy jednak od piwa w budce na polu namiotowym ;) Potem odpoczynek, grill, odpoczynek… W ciemności fruwające świetliki i widok pływającego w strumyku szczura, który trochę się przestraszył i uciekł.

Dzień drugi, czyli jest dobrze, tylko po co to cholerne słońce?

Zgodnie z przewidywaniami wstajemy stosunkowo późno, ogarniamy wszystko, niespiesznie, powoli uciekając przed wychodzącym zza Sokolicy słońcem, pakujemy wszystko i decydujemy, że jednak odpuścimy sobie Lot na Brandysa, skupiając się na łatwiejszych drogach, szczególnie po wczorajszym. Prognozy zapowiadały burze, ale to jakoś nas nie motywuje do spieszenia się, śniadanie zjedzone, na spokojne pakujemy się do samochodu i jakoś po dziesiątej ruszamy w kierunku Psiklatki. Dobrze, że przed wyjazdem zrobiłem sobie mapę na Google Maps, pokazującą poszczególne skały, dzięki czemu nie musimy błądzić i zastanawiać się – zostawiamy samochód pod karczmą, ruszamy na piechotę w kierunku skały (a słońce grzeje coraz mocniej). Zgodnie z zaleceniami przemieszczamy się sprawnie i grzecznie pod skały, gdzie wita nas Kupa Luda. Kupa Luda oKUPuje kilka dróg, w tym część takich, które nas interesują. Na szczęście bardzo szybko zwalnia się Psia Rysa (IV+). Po wczorajszych doświadczeniach trochę w głowie jeszcze zostało, więc, prowadząc jako pierwszy, podchodzę do skały z respektem. Droga okazuje się być bardzo przyjemna, ma dwa trudne fragmenty, w tym jeden odrobinkę siłowy, ale udaje się wejść na górę, gdzie ostro przypieka słońce. Zjeżdżam jak najszybciej i robię miejsce Hipci, która też radzi sobie spokojnie, ale za to nadciąga (znowu) lewą rękę. Spryskujemy łapkę chłodzącym paskudztwem i idziemy dalej. Następny w kolejce czeka Psubrat, też czwórka z plusem, decydujemy się zrobić go zespołowo, żeby oszczędzać bolącą łapkę. Droga idzie spokojnie, widać, że to zupełnie inne wspinanie, niż wczoraj; minusem jest tylko temperatura – gdy czekam na górze, w słońcu, robi się bardzo paskudnie, stąd od razu po zjeździe decydujemy się szukać innych atrakcji

Spośród dróg w cieniu zachęcająco wygląda jeszcze Biały Skieł – skoro idzie dobrze, to może i piątkę damy radę? Prowadzę jako pierwszy, jako czujka co do tego, czy w ogóle jest sens się za to brać. Wyjąwszy dwa miejsca, gdzie musiałem brać bloki, droga przyjemna, na pewno do poprowadzenia RP. Tu w końcu pojawia się uczucie spokoju – nawet w trudniejszych miejscach nie czuję ryzyka spadania, raczej staram się potencjalny lot dobrze zaplanować. Hipcia też dała sobie radę, znowu – miejsca dla mnie trudne przeszła bez zająknięcia. Ta droga zdecydowanie polepsza nasze samopoczucie i zwiększa zaufanie we własne siły, co z tego, jak juz nie ma siły się wspinać? To jest: siła jest, chęć jest, tylko jest cholernie gorąco.

Decydujemy się porzucić Psiklatkę i przenieść gdzieś do cienia – wracamy do samochodu, w karczmie jeszcze pijemy coś zimnego (kto może, ten pije piwo…) i przemieszczamy się pod Wielką Turnię. Czeka nas w miarę przyjemny spacerek przez las, w końcu instalujemy się pod Drogą Pionierów. Ustalałem maks na jeszcze co najwyżej dwie drogi, mając na uwadze, że mam jeszcze wrócić do Warszawy. Zaczynam prowadzić – robię pierwszą wpinkę, podchodzę wyżej i oceniam, że trzeba zejść – do drugiej wpinki kawał drogi, a to już nie jest pora na takie zabawy, boję się, że śmignę w dół, konkretnie – oceniam lot na bardzo, bardzo prawdopodobny. Zmęczenie materiału, czy też wygotowanie materiału daje się we znaki. Tuż obok jednak jest Lewa Kazalnica, czwórka z plusem, która wygląda dość zachęcająco. Jest za co łapać, ale sam początek uświadamia, że wygotowany materiał powinien już odpocząć. Jakoś jeszcze dochodzę do końca, zjeżdżam, zostawiam Hipci jeden ekspres. Definitywnie kończę próby wspinania na dzisiaj, to nie wniesie nic nowego, poza potencjalnym obiciem sobie dupy o skałę; Hipcia też próbuje podejść kawałek, ale zgodnie uznajemy, że na dzisiaj już wystarczy.

Po wszystkim siadamy jeszcze na chwilę na skale, Hipcia pije sobie piwo, a ja… zasypiam na siedząco, na szczęście na chwilę. Wspinania wystarczy, trzeba się zapakować do samochodu, na polu namiotowym zwijamy manatki i pakujemy się czym prędzej do samochodu. Burza, tak wyczekiwana przez cały dzień, oczywiście nadchodzi wtedy, gdy już jesteśmy w samochodzie. Robi się nieprzyjemnie, zmęczenie daje się we znaki, nie da się zresztą jechać szybko, deszcz pada bardzo mocno, słuchamy przez chwilę transmisji z finału, po czym decyduję, że pora na spanie – po godzinnej drzemce na jakiejś stacji zdecydowanie lepiej się jedzie, do domu dojeżdżamy na drugą w nocy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skałki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>