(Częściowo) TRADycyjna Jura

Wielkimi krokami nadchodzi kurs taternicki, więc trzeba było wybrać się na Jurę. Tydzień wcześniej pogoda była niepewna, więc nastawiliśmy się na ten. Wszystko było już spakowane, nadszedł piątek, godzina „zero” – czyli druga w nocy, po czym zabraliśmy ostatnie niezebrane rzeczy i wpakowaliśmy się do samochodu. Tym razem testowana była nowa trasa, przez A2 i Gierkówkę. Okazało się, że to super sprawa; do samej Dąbrowy Górniczej jechaliśmy dwupasmówką, mając średnią 103 km/h (i to bez przekraczania dopuszczalnej prędkości)! Potem tylko krótki fragment na Olkusz i zaraz zajeżdżaliśmy znajomą drogą pod Brandysówkę… dziwną Brandysówkę.

Przede wszystkim – pole namiotowe. Dużo namiotów, pole powiększone o sąsiadującą łąkę. Po drugie – ludzie. Jest szósta rano, a tam snuje sie kupa ludzi. Po trzecie – muzyka. Wyraźny, słyszalny bit. Dzieje się coś niedobrego; nawet nie było gdzie zaparkować, po chwili dopiero trafiliśmy na coś pustego. Wyszliśmy z auta i z niepokojem skierowaliśmy się na pole, między namioty, które przypominały najazd jakiejś pielgrzymki lub Woodstock. Mijający nas ludzie swoim wyglądem, a także utkwionymi w dali oczami, utwierdzali nas w przekonaniu, że to jednak to drugie.

Zlokalizowaliśmy dwie w miarę sprawne ruchowo jednostki i wdaliśmy się w pogawędkę, zadając raczej proste pytania:
- Co to w ogóle za impreza?
- To fessstiwal, stary!
- Ok, a można się tu rozbijać?
- No, sssstary, ale bilety szszeba. Wy w ogóle na festiwal?
- Nie, wspinać się.
- A, to spoko – wskazuje na Sokolicę – proszszszę, można się ssspinać.
- Nie, nie…
- A, nie? – przerywa – To tam – wskazuje w kierunku Dupy Słonia – też są skały. Tam teszsz możesz się sssspinać.
- Poradzę sobie z tym. Czy tu można rozbijać sie namiotem?
- Tak, rossbij się źźźie chcesz. Tu są sami spoho luźźie, stary. Nikkh ci niss nie uhradnie!

Pierwszy kontakt został nawiązany. Uciekliśmy czym prędzej. Poszliśmy na tę drugą łąkę, tam minęliśmy kilka legowisk, na których gromadzili się goście i zauważyliśmy, że namioty stoją na trawie wykoszonej, a dalej jest niekoszona, gdzie nikogo nie ma. Zaświeciła się nam lampka! Ale czy tam wolno? Podlazłem do stojącego na granicy traw samochodu, w którym, w towarzystwie kilku pustych butelek po winie, w bagażniku kombiaka leżeli sobie zawinięci w śpiwory ludzie: chłopak i dziewczyna.

- Przepraszam, czy tam wolno się rozbijać?

Dziewczyna uśmiechnęła się. Konkretnie: uśmiech pojawił się na jej twarzy bez pośrednictwa mózgu, po czym nie przerywając próby dotknięcia uszu kącikami ust, błądząc oczami gdzieś w obszarze, w którym pewnie znajdowała sie moja twarz, odpowiedziała „Nie mam pojęcia!”. Już chciałem się żegnać, ale głos zabrał jej kompan.

- A ja wiem! – odpowiedział, wyraźnie zadowolony i usmiechnięty, po czym zaczął wskazywać palcem – o tu możesz się rozbić! I tu! I tam możesz się rozbić!
- A tam obok?
- Tam też możesz się rozbić. Wszędzie możesz się rozbić! – po czym, żeby wzmocnić wrażenie tego, że nie ma pojęcia, o czym mówi, zaciągnął się trzymanym w ręce papierosem. Chociaż jego czerwone oczy mówiły, że papieros to nie był.

Mając na koncie dwa spotkania z tubylcami doszliśmy do wniosku, że pytać kolejnych nie ma sensu. Zresztą, jaki byłby cel w przerywaniu komukolwiek dobrej zabawy i zawracania mu dupy czymś tak nieważnym? Zawinęliśmy do auta i zajechaliśmy na sam kraniec, po czym rozbiliśmy się tak daleko, jak było to możliwe. Wrzuciliśmy do środka kilka gratów, po czym postanowiliśmy przejść się i zorientować, co jest grane. „Grane” było tu słowem-kluczem, bo muzyka, a w zasadzie bit, trwała nieprzerwanie w tle.

W drodze pod Dupę Słonia minęliśmy sporo zombiaków podróżujących na autopilocie na pole namiotowe. Na bramkach od równie wesołych bramkarzy dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy w sam środek trzydniowego festiwalu. Festiwalu Goa Dupa, jak się potem dowiedzieliśmy.

Wróciliśmy do namiotu, zabraliśmy żarcie i poszliśmy pomyśleć nad planami na dziś. Po drodze zagadnęliśmy jednego takiego, który wyglądał normalnie. O dziwo, dla niego też wyglądaliśmy normalnie, bo użył stwierdzenia „nas, wspinaczy” w odniesieniu do całej naszej trójki. Niczego nowego się nie dowiedzieliśmy, postanowiliśmy więc skorzystać z dnia, jedząc ustaliliśmy, że atakujemy rejon Pytajnika. Zapakowaliśmy plecaki, wyszliśmy kawałek, po czym po chwili wracałem biegiem, bo nie zabraliśmy telefonu, mającego pełnić funkcję zegarka. W końcu wszystko było zebrane, a po chwili deptania wychodziliśmy już pod skałę. Zaczęliśmy od Zapytajnika, gdzie upatrzyliśmy sobie kilka dróg na rozgrzewkę.

Widać, że powoli idziemy w górę, powoli, bo to dopiero nasz czwarty wyjazd na Jurę; niemniej jednak Zaciątko zapytajnika (IV+) poszło szybko, potem zniknął jeszcze Zafilarek zapytajnika (V), a Miłe złego początki (VI) przeszedłem z jednym blokiem (zresztą, cholera, zupełnie niepotrzebnym), Hipcia – przewędkowała w ciągu. Co prawda na takich drogach niektórzy dopiero się rozgrzewają, a my sapiemy, ale to po części kwestia doświadczenia: żeby dobrze wspinać się w skałach trzeba dużo wspinać się w skałach, kropka. Nawet najmocniejsza buła tu nie pomoże.

Dalej przeprowadzka pod Rogatą Turnię, gdzie oszpeiliśmy się w zestaw kostek i zaatakowaliśmy drogę, którą przechodziliśmy na kursie skałkowym: do góry Dużym rogatym zacięciem, potem stanowisko na rogu i dalej, do góry, na stanowisko do zjazdu. Pierwsze kostki osadzone zostały bez większego przekonania, ale im dalej w las tym lepiej szło. Gdy już się uporaliśmy z tym, podwiesiliśmy sobie wędkę i patentowaliśmy Złamany Róg (V), Będkoroga (VI+) i Zakład pogrzebowy Kocia Wiara (VI). Złamany róg jakoś dziwnie prowadził, Będkoróg stawiał duży opór, ale Zakład Pogrzebowy pękł w pierwszej próbie. Nie ufam jeszcze na tyle swojej możliwości ustawiania kostek, żeby to poprowadzić (Zakład… był tradem).

Pogoda? Słońce świeciło. Na stanowisku był cień i czasem wial wiatr, ale w górze robiło się ciepło. Za ciepło. Rano jeszcze chmury zajmowały cale niebo, teraz – było ich zaledwie kilka. Plusem było to, że nie słyszeliśmy prawie w ogóle bitu, a w okolicy działały tylko dwa zespoły.

Na sam koniec zeszliśmy na dół i zatradowaliśmy sobie Rogatą Grań. Tu dotarła do mnie kwintesencja taternictwa: Hipcia poszła. Modzi, osadza, kombinuje, mruczy… a ja siedzę. Siedzę. Siedzę. O, wydałem troche liny. Siedzę. Zrobiłem zdjęcia. Przeglądnąłem przewodnik. Siedzę. Siedzę. Stoję. Siedzę. Drepczę. Rozglądam się. O, wydaję linę. Siedzę… Powód mojego siedzenia był prozaiczny: H. miała tam straszną kruszyznę i nie szło nigdzie osadzić zabawek. W końcu nadeszła moja kolej, spakowałem fanty w torbę na linę i ruszyłem do góry. Pierwsza kostka… i dupa. Ileż się namęczyłem żeby ją wyjąć! Reszta była już łatwiejsza. Stanowisko, zmiana prowadzenia, idę, przy przewieszce uświadamiam sobie, że jakoś nie czuję się za pewnie, więc osadzam jakiegoś hexa, nie chciał siedzieć, ale wstawiam go byle jak, żeby utrzymał mnie, gdybym śmignął z samego początku. Uff… przeszedłem. Dalej już przydatności z niego by nie było (zresztą po chwili lina go wyciągnęła), mi zostało do przejścia dwójkowe pastwisko. Ruszam…i coś ciężko. Ni cholery, lina nie chce iść. Patrzę za plecy i widzę, dlaczego: idzie uroczym zygzakiem; pewnie lepszym pomysłem byłoby zrobienie jeszcze jednego stanu na zębie, ale po cholerę po dwudziestu metrach przeciągać sześćdziesiąt metrów liny? Kilka pozostałych do stanu metrów pokonałem niezbyt komfortowo: wybierałem metr liny, podchodziłem, wybierałem – podchodziłem. Stanowisko – auto – ściągnięcie Hipci i nareszcie odpoczynek: wyszliśmy sobie na pik i zasiedliśmy z piwem w słońcu. Posiedzieliśmy tak długo, w końcu jednak trzeba było zjechać, zebrać zabawki i potupać w stronę namiotu.

Na miejscu okazało się, że w naszych okolicach zrobiło się ludniej, ale na szczęście wszyscy trzymali się z daleka. Rozpakowaliśmy wszystko, zabrałem się za składanie grilla… gdy okazało się, że nie mamy śrubek. Spakowałem go do kupy i położyłem na ziemi, bez nóżek; już po zmroku rozpaliliśmy wszystko, zalegając na kocyku. Tłum na polu namiotowym nie przeszkadzał, skupiał się pewnie w okolicach sceny i nie łaził do nas. Po chwili grillowania zobaczyłem, że spod grilla dochodzą smużki dymu: trawa pod spodem zaczęła się tlić. Zalałem to wodą (przy okazji wpadając do strumyka jedną nogą) i dokonczyliśmy imprezę, po czym w dźwiękach umc-umc-umc zasnęliśmy.

Pierwszą pobudkę JKW ustawiła na szóstą, ale zebraliśmy się dopiero po ósmej. Spanie w tych dźwiękach spowodowało, że czułem się jak na kacu. Nie chciało mi się nic, zresztą wczorajsze wspinanie dało mi nieźle w dupę. Zwlekliśmy się do samochodu i ruszyliśmy pod Łyse Skały. W tym sektorze jeszcze nas nie było, więc była to przyjemna okazja na zwiedzenie nieznanego. Ściana południowa w większości była spod znaku „VI.X”, więc jeszcze nie dla nas: wskoczyliśmy sobie więc na północną, osłoniętą od słońca.

Na dzień dobry poszedl Buszmen z małpą (IV+), potem Filar z kominem (V), podwieszenie wędki i Kalahari (VI-) wraz z Kanadyjskim bólem kostki (V). Dość szybko wyskoczyliśmy sobie na górę i na półce przy stanowisku zasiedliśmy i wypiliśmy piwko; jak zwykle, jedno na pół – trzeba się spieszyć, bo po południu picie piwa może okazać się smutne w skutkach.

Po zjeździe zameldowaliśmy się pod Drogą dla cieniasów (IV-), gdzie po mchach i paprociach usiłowaliśmy tradować. Osadzanie kostek poszło nieźle, najpierw ja prowadziłem, zjechałem, po czym na górę wyszła Hipcia, a ja doszedłem na drugiego, przy okazji usuwając sporo zielska.

W tym momencie miałem już dosyć, a konkretnie – dosyć miały moje stopy. Wszyskie drogi, gdzie musiałem chodzić na palcach, przechodziłem z zaciśniętymi zębami, mimo ze buty mialem rozchodzone. Niemniej jednak było jeszcze dość wcześnie, więc przeszliśmy kawalek w prawo.

Miałem przejść Komin pogański (III) i podwiesić wędkę na Adalbercie (VI), ale przegapiłem miejsce przejścia na drugą stronę komina i poprowadziłem Lewy Ozór (V), potem oboje przewędkowaliśmy jeszcze prawy ozór (V), po czym w końcu podwiesiłem tę wędkę i zajęliśmy się Adalbertem. Droga była cholernie, cholernie śliska i chyba jeszcze nieodpowiednia na nasz szpon. Potem zresztą oboko pojawili się napieracze z południowej ściany i też mieli tam problemy, więc nie było to tylko nasze wrażenie.

Na sam koniec spróbowaliśmy z budową stanowisk, okazało się, że pamiętamy niewiele i trzeba będzie przed (albo na) taternickim wszystko powtórzyć. Zwinęliśmy się do auta, zajechaliśmy na pole, gdzie nasz stojący w cieniu namiot wyglądał jak mała sauna. Niemniej jednak, mimo że nie miałem się kłaść spać, położyliśmy się na chwilę… zbudziwszy się około 20:00. Potem pozostało szybkie zebranie się i już o 21:00, mijając wracających z festiwalu zombie, wymknęliśmy się na Warszawę. Droga powrotna minęła bezsennie, byliśmy około pierwszej.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Skałki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>