Kurs skałkowy: 1-6 maja 2012

Wstęp

Po zakończeniu przygody w Tatrach, ruszyliśmy ze znanego w nieznane, jakkolwiek, znaną nam drogą. Trasa idzie spokojnie, o dziwo bez korków dojeżdżamy do Krakowa, tam robimy pierwszy postój – w Galerii Zakopiańskiej, przy Decathlonie. Hipcia jednak decyduje, że potrzebuje dokupić sobie koszulkę, co okazuje się potem bardzo dobrym zakupem. Przy okazji uzupełniamy zapasy w hipermarkecie i stajemy na zasłużoną pizzę, gdzie przyjemnie zaskakuje mnie rabat dla posiadaczy karty mojego banku. W końcu jednak trzeba się spakować i dotrzeć na miejsce, zaczynam już narzekać, że późno i że będziemy dobijać się do kogoś po nocy. Oczywiście, nie wpadłem na to, żeby w GPS wpisać „Dolina Będkowska”, analizujemy wydruki z trasą dojazdu, po czym ustawiamy GPS na Brzezinkę i ruszamy. Po drodze dwa razy gubimy drogę ze względu a to na przebudowane rondo, a to na dziwny zjazd, koniec końców osiągamy Brzezinkę, gdzie przestawiam się na najlepszą nawigację na świecie – Hipcię. W Brzezince napotykamy odpowiedni skręt, wszystkie punkty kontrolne po drodze się zgadzają, jedziemy powoli aż do budynku z napisem „Brandysówka”, znaczy: jesteśmy na miejscu, a tu: totalny rozgardiasz, kupa luda, impreza w każdym fragmencie pola, ogniska, grille, ludzie wspinający się z czołówkami na Sokolicy, oblegana buda z żarciem, gdzie od drugiej w nocy imprezowicze przerzucili się na cienkie szkło. Trochę nas ten widok zaskoczył, raczej spodziewaliśmy się kameralnego pola namiotowego, ciszy i spokoju. Po zameldowaniu się u właścicielki (bardzo wyluzowanej), wędrujemy do przydzielonego nam pokoju. Hipcia zaczyna narzekanie, że można było nie brać pokoju, nocować pod namiotem, pole namiotowe wygląda na przestronne, sprawdza łazienkę, mówi, ze nie ma drzwi pod prysznic (były, ale zasuwane ;) ), koniec końców współpracuje przy znoszeniu tobołów i po przygotowaniu wszystkiego na rano idziemy spać.

Dzień pierwszy, czyli wędkowanie

Umówieni byliśmy na dziewiątą, jesteśmy na nogach już o siódmej, na dole schroniska gwarno, usiłuję zrobić kawę, ale jestem któryś tam w kolejce, zatem olewam to, wracam do pokoju. Czasu mamy niby sporo, ale nie chcemy się spóźnić, kończymy pakowanie sprawdzając po kilka razy, czy wszystko jest. W międzyczasie udaje się wykorzystać chwilę, gdy na dole zapanował względny spokój i zrobić kawę. Kwadrans przed dziewiątą jesteśmy już na ławce przed Brandysówką i podejrzliwym wzrokiem zaczynamy obserwować otoczenie. Otoczenie z kolei nie interesuje się nami zbytnio, więc przestawiamy się na poszukiwanie ludzi, którzy wyglądają jakby kogoś szukali. Chwilę potem zatrzymuje się duży samochód, z którego wyskakuje ktoś, kto, po zaopatrzeniu się w dwie duże torby, podąża w naszą stronę i wygląda jakby kogoś szukał. I tak poznajemy Piotra, człowieka, od którego przez najbliższe kilka dni będzie zależało nasze zdrowie i życie. Zostawia trochę ciężaru przy nas i znika, po chwili wraca, a obok materializuje się pozostała dwójka naszej wspinaczkowej ekipy – Magda i Adam. Spodziewaliśmy się dwóch grup, ale nie narzekamy, im mniej ludzi, tym lepiej.

Zaczynamy od przedstawienia się i krótkiego wywiadu czy i jak długo się wspinamy, potem wprowadzenie i załatwienie formalności, zdanie zaświadczeń lekarskich (które to zaświadczenie Hipcia dostała z trudem, pierwszy lekarz nie wystawił, bo „ja pani nie znam”, „jak się coś pani stanie, to ktoś mnie będzie po sądach ciągał” i takie tam). Po formalnościach (i pozbyciu się gotówki – kurczę, a mógł zapomnieć!), przychodzi milsza część: przed nami materializują się kartki z tabelką z dziwnymi napisami, z których kojarzymy tylko część, a z worów zaczynają wychodzić prezenty, kupa żelastwa, za pomocą którego będziemy asekurować swoje kupry. Najwięcej czasu zajmuje dobranie uprzęży, potem pakujemy wszystko do plecaków i…

…gotowi – start! Ruszamy w kierunku jeszcze bliżej nieznanym, włazimy w łąkę, potem przez średnio widoczną pod suchymi liśćmi ścieżkę pniemy się coraz wyżej, aż docieramy pod skałę – która okazuje się być Turnią nad Szańcem. Pierwszy Maja, a my jesteśmy pod skałą zupełnie sami, jak się okazało, przez cały dzień! W cieniu, co jest ważne, bo powyżej poziomu lasu mocno daje słońce, rozpakowujemy się, zakładamy uprzęże. Przerabiamy jeszcze raz, dla pewności, wiązanie ósemki i uczymy się pierwszego, prócz niej, węzła: wyblinki. Pojawia się też słowo „lonża”, które raczej kojarzyło mi się do tej pory z ferratami, nie ze wspinaniem. Gdy lonże już mamy, czas na obejście skały z drugiej strony i wejście na szczyt, gdzie, no właśnie, na prostym i ładnym terenie, Piotr wiąże linę, każe się do niej wpinać i dopiero wtedy przechodzić. Instruktor ma zawsze rację, więc posłusznie wpinam się i, gdy następuje moja kolej, przechodzę do końca; droga banalna, ale w razie pecha, to jednak instruktor będzie odpowiadał za to, dlaczego puścił barana bez asekuracji na eksponowany teren. A ekspozycja była, niewielka, ale jednak; lonżę jednak najbardziej doceniłem, gdy jak kurczaki stłoczyliśmy się w jednym miejscu, by obserwować dzieło zapewne jakichś wandali, którzy powkłuwali w piękną skałę jakieś kawałki żelastwa i, żeby pewnie było ładniej, połączyli to jakimś dziwnym łańcuchem. Skoro już toto tam było, postanowiliśmy to wykorzystać i założyć tam stanowisko do wędki. Przy okazji uczymy się prostej, ale dla niektórych ciężkiej do zrozumienia zasady: wędki nie puszcza się bezpośrednio z ringa!

Po zbudowaniu stanowiska złazimy na dół, dzielimy się drogami i wreszcie jest okazja, by przekonać się, czym skała różni się od ścianki. Mówią ludzie, że jest trudniej, bo nie ma juz kolorowych chwytów i stopni i trzeba wszystkiego szukać, piszą kursanci o chwytach wysuwających się tylko dla instruktorów, a znikających przed młodymi stażem kursantami, tymczasem rzeczywistość, przynajmniej dla nas, okazuje się być odwrotnie: chwytów jest mnóstwo, patentów na każdy fragment jest kilka, wreszcie jest jakiś wybór, możliwość dopasowania drogi do swoich potrzeb, a nie dopasowywania siebie do kilku kolorowych wypustek na panelu, dodatkowo: cóż to za przyjemność z samodzielnego wspinania, jak wszystko masz pokazane palcem?

Po pierwszej przymiarce do skały nie mamy dosyć, tym razem zasiedlamy komin i uczymy się przemieszczać „na żółwika”, czyli zapieraczką i rozpieraczką. Są to techniki, z którymi nie mieliśmy nic wspólnego na ściance, mi się to podoba, ale nieszczególnie przypada do gustu Hipci: część ubrania, którą noszą zwykle kobiety, a faceci raczej nie, zahaczała się o skały. Trudno: dziś drogi wybiera instruktor, zresztą dobry wspinacz to taki, który wlezie wszędzie, a nie, że „tu nie idę, bo rysa”. Przy okazji uczymy się też, że jak już się zlezie, to wypada powiedzieć, że już można przestać nas asekurować, mówiąc, na przykład „Koniec asekuracji”. Można też krócej: „Olej”. I tu za chwilę uwagę zwraca nam Piotr: najpierw nas tego nauczył, a potem mówi, żeby tego „olewania” zaprzestać. Mógłby się zdecydować…

Na sam koniec ja i Adam przymierzamy się do Polowania na Iwonę, ale nie udaje się zrobić ostatniego fragmentu. Na tej drodze utykam na chwilę przy niewielkim stopniu. Kombinuję i kombinuję, a wystarczyło stanąć nań lewą stopą. Technika, głupcze!

Niestety, to już koniec ruchowych atrakcji na dzisiaj, zasiadamy i robimy pogadankę na temat całego sprzętu wspinaczkowego, potem, przy użyciu drzew i taśm, uczymy przewiązywania się przez ring zjazdowy, co przyda się zapewne kolejnego dnia. Po tym, nieszczególnie zmęczeni i nadal głodni wrażeń zostajemy odprowadzeni pod Brandysówkę (Magda i Adam zwijają się do swojej miejscówki), gdzie po zakupionej na polu namiotowym kolacji i uporzadkowaniu notatek rezygnujemy z zaplanowanego na wieczór spaceru i zalegamy spać, bo rano umawiamy się na wcześniej, żeby zdążyć przed spodziewanym deszczem: zbiórka o ósmej.

Dzień drugi, czyli w końcu idziemy z dołem

Trzeba było wstać rano, a godzina zero tym razem wypadała o ósmej. Czasu niby mniej, ale ogarnęliśmy wszystko, nawet włącznie z poranną kawą (bez kolejek). Przeliczamy sprzęt, schodzimy na dół i czekamy na współtowarzyszy. Planem na dzisiaj było zarzucenie wędkowania (Piotr: „Wędkowanie… to było wczoraj.”), dla nas to super wiadomość, bo z dołem nigdy nie wchodziliśmy i właśnie na to czekaliśmy od początku kursu. Celem były Witkowe Skały, zatem zapakowaliśmy się do piotrkowego pojazdu i wyruszyliśmy w głąb doliny. Zaczyna się robić gorąco. Po krótkim spacerze po łące rozbijamy się pod Sokolikiem: znowu mamy szczęście, jest piękna pogoda, długi weekend a my jesteśmy pod skałami sami, później dopiero pojawiły się trzy ekipy. Magda z Adamem, jako że już wcześniej wchodzili z dołem, przygotowują się do pokonania Małej Paszczy, my dostajemy po drzewie, taśmie i ekspresie i uczymy się wpinania liny w ekspres. Najpierw jednak mamy okazję podziwiać Piotra, który podrzuca na drogę przedłużony ekspres i jedną kość; instruktor na trójkowej drodze to nie jest zbyt rzucający na kolana widok, ale nawet na tak prostym terenie widać w ruchach doświadczenie i inną pewność, niż widać wśród ludzi, którzy najczęściej przewijają się dookoła nas. Zatem Magda z Adamem zaczynają się wspinać, a my klikamy… Ile można tak klikać i klikać? Odpowiedź brzmi: długo, zwłaszcza, że lina też swoje waży i po setnym kliknęciu czuć już w ręce, że coś się działo.

W końcu oboje zeszli i poszli na inną drogę – teraz nasza kolej: rozkładamy i przewijamy linę, Hipcia chce tradycyjnie iść pierwsza, więc cóż ja mogę? Zajmuję stanowisko na dole i cierpliwie wydaję linę, oboje robimy po dwie drogi. Teraz świat wygląda zupełnie inaczej: prowadzący wreszcie czuje, że drogę robi sam, nie ma możliwości „przypadkowego” podparcia się o linę, znika uczucie „kołyski”, stabilizującej nas w każdym punkcie, znika też świadomość tego, że droga powinna prowadzić prosto do punktu zjazdowego, bo inaczej będzie groziło wahadło; asekurant wreszcie może się cieszyć widokiem partnera wyglądającego jak „prawdziwy wspinacz”, lina przepięta przez ekspresy, leżąca na nagiej skale też ma w sobie to coś. Z wędką jednak się na pewno nie pożegnamy się na stałe, jak mówił Piotr, trudniejsze drogi warto czasami dla świętego spokoju zapatentować na wędkę, a potem dopiero je prowadzić.

Dwie pierwsze drogi i dwa pierwsze zjazdy za nami, zbieramy zabawki i zawijamy za winkiel, przywitać się z filarkiem na Rudej. Słońce przyjemnie grzeje, zatem asekurant stoi sobie w cieniu, a prowadzącemu musi zależeć na tym, żeby drogę jak najszybciej skończyć, bo przy przewiązywaniu może już zrobić się gorąco. Chodzimy, a w międzyczasie ludzie kończący akurat drogi meldują, że nadchodzi ciemna chmura, zresztą bez tej wiadomości po grzmotach można poznać, że następuje to, co musiało nadejść po kilku dniach mocnych upałów. Na sam koniec jeszcze robimy Kaczkę z Jabłkami i niestety trzeba uciekać, deszcz jeszcze nie pada, ale oczekiwanie na szczycie na burzę to nie jest dobry pomysł. Pakujemy się do samochodu i wracamy do Będkowskiej, w okolice, w których byliśmy wczoraj – wyłazimy nad Rotundę, gdzie miejscówkę ustalamy obok kwitnących konwalii. Piotr zrzuca nam liny, a naszym zadaniem będzie zjechanie po nich na dół. Jak wszystko we wspinaczce, komplet czynności potrzebnych do zjazdu jest logiczny i opiera się na jednej kolejności, ale jak wiadomo, łatwo coś pokręcić. Sam zjazd okazuje się być bardzo przyjemną nagrodą po trudach wspinaczki. Testowo zjeżdżamy po linie pojedynczej i podwójnej, nawet czekając na dole kręcę film, w którym główną rolę gra Hipcia (ależ się oczekałem na dole, aż w końcu zjedzie… – zaczynaliśmy bowiem po skosie, gdzie więcej się szło niż jechało, dopiero po kilkunastu metrach schodziliśmy w pion).

Ostatni zjazd tego dnia już jest robiony z plecakami, na dole pakujemy liny i kończymy na dzisiaj. W Brandysówce tradycyjnie odpuszczamy spacer, robimy notatki, ćwiczymy wyblinki i nagrywamy filmy instruktażowe, powtarzamy przewiązywanie się i idziemy spać. Bo jutro – znowu – na ósmą.

Dzień trzeci, czyli ufamy żelastwu własnoręcznie wciśniętemu w skałę

Zbiórka o ósmej w Brandysówce; Piotr przynosi kolejne kilogramy żelastwa: rocksy, tricamy, hexy i camaloty, kolejne nazwy, które trzeba poznać, zapamiętać i używać. Nazwa „Jebadełko” nie wygląda na coś, czego nazwę się zapomina, więc go na liście nie wymieniam. Zanosi się znowu na deszcz i można przypuszczać, że po trzech dniach straszenia w końcu dupnie, więc sprawnie ruszamy w kierunku Pytajników, gdzie najpierw wita nas krótki wykład na temat tego, co jest czym i po co jest takie, jakie jest, a potem krótka praktyka, czyli osadzanie tego w skale, w wersji motywacyjnej: każdy zespół układa swoje, a potem krytykujemy się nawzajem.

Gdy już załapaliśmy, o co w osadzaniu kostek chodzi, szybkim i sprawnym krokiem udaliśmy się w kierunku Turni nad Szańcem, gdzie wracamy do dwóch pierwszych dróg z pierwszego dnia: my dostajemy Wariant do Kamieni, A i M – Kamienie na Szaniec. Teraz droga wygląda zupełnie inaczej, ja na przykład mam wątpliwości, czy aby na pewno tędy szedłem dwa dni wcześniej. Kostki jednak powoli się osadzają, a my wędrujemy w górę, co prawda samo wspinanie robi sie bardziej żmudne, ale coś za coś – statysfakcja z własnoręcznie osadzonych punktów (szczególnie dobrze widocznych przy zjeździe, gdy lina sie napnie), jest ogromna. Nikt nie miał jednak przyjemności sprawdzenia, czy osadzone zabawki spełnią swą rolę, pozostawało wierzyć zdaniu Piotra, że robimy to poprawnie.

Na szczęście prawie każdemu udaje się zrobić drogę do końca, zaraz po ostatnich zjazdach z nieba spadają pierwsze krople deszczu. Chowamy się w jaskini… no i właśnie! Jacy z nas turyści?! Rano powiedziałem, żebyśmy zostawili w domu zarówno kurtku przeciwdeszczowe, jak i czołówki. Bo po co. Jeszcze wychodząc z pokoju powiedziałem, że skoro je zostawiamy, to na pewno nam się przydadzą i faktycznie, czołówki by się przydały. Dobrze, że było ciemno i nie bylo widać, jak płoniemy ze wstydu ;) Na szczęście czołówkę miał Piotrek, w jej świetle znajdujemy stałego mieszkańca tego miejsca – nietoperza; pierwszy raz widziałem go z tak bliska.

W końcu, po dłuższych rozmowach (i zapoznaniu się z kolejnymi tajnikami świata wspinaczkowego), po poznaniu kolejnych węzełków, decydujemy się wystawić nos poza jaskinię, deszcz akurat skończył padać, ale mokro było nadal, co postanawia sprawdzić Hipcia, robiąc krótki dupozjazd na liściach. Niestety, skała dziś już nie doschnie, wspinania nie będzie, co okazuje się być po części dobre, bo lewe ramię Hipci zaczyna się powoli odzywać. Za to czas jest wypełniony, ćwiczymy sobie zakładanie stanowisk w ścianie, asekurowania z góry, a potem do zapamiętania pozostaje kolejność czynności i komend przy wspinaniu zespołowym, co będzie kolejnym punktem naszych zabaw. Pomyłek nie brakowało gdy testowaliśmy to wszystko wpięci w drzewa, najbardziej sympatyczną chyba było wpięcie przyrządu tuż obok swojej ósemki, dając wspinaczowi pięćdziesiąt metrów luzu już na samym starcie. Pod koniec znowu niezmęczeni spakowaliśmy mokry szpej w plecaki, plecaki zapakowaliśmy w pokrowce przeciwdeszczowe (które w końcu się przydały) – i wio, w dół zbocza. Zostaliśmy w sandałach, bo szkoda było moczyć adidasów. I tak w domu wystarczająco będzie suszenia.

Kolejność komend przerabialiśmy jeszcze wieczorem i dodatkowo rano następnego dnia, tak, żeby wbiła się w pamięć. Dodatkowo trzeba jeszcze zrobić suszenie szpeju, wilgoć go nie ominęła, pokój zostaje przewieszony łańcuszkiem z ekpresów, do których wiszą przyczepione taśmy. Na szczęście na rano wszystko wysycha. Na polu namiotowym zapanowały dziwne pustki i moda na suszenie namiotów; nie wiedzieć czemu.

Dzień czwarty, czyli nadal mokro, ale gdzieś udaje się wejść

Od samego rana, mimo że nie pada, to zapowiada się. Z bagażnika wychyla się do nas Henio, dość ociężała sztuka leniwego gościa, który potrzebuje być podwieziony pod samą skałę. Trudno, podjeżdżamy kawałek samochodem, wyciągamy delikwenta z bagażnika, czekamy chwilę na Piotra i we dwóch z Adamem niesiemy zaspanego ciągle Henia aż do jego mieszkania za niewielką skałką.

Sprawnie, poganiani przez Piotra, drapiemy się na dół, pod Rogatą Turnię, gdzie szybko się rozpakowujemy, byle zdążyć zrobić pierwszy wyciąg przed deszczem. Pierwsza prowadzi Hipcia: całkiem sprawnie mknie w górę, po chwili znika mi z oczu; następuje chwila oczekiwania na dole (dobrze, że miałem polar) i słyszę upragnione „Auto!”. Zaraz potem lina zaczyna znikać w górze, a potem „góra” krzyczy, żebym polarów nie zabierał. Dobrze więc, czas na mnie: sprawnie wydłubuję wszystkie kostki po drodze, spotykamy się w trójkę przy stanowisku (bo druga ekipa montuje się w naszych okolicach), wymiana szpeju i ruszam w kierunku rogów; droga idzie sprawnie, zbyt wiele kostek sobie nie powciskałem. Ponieważ mamy trochę czasu, montuję stanowisko w skale, z kilku kostek, drugi zespół zrobił sobie stanowisko na zębie skalnym. Deszcz powoli zaczyna padać, ale jest szansa, że dokończymy drogę; za chwilę przy mnie melduje się Hipcia, jednak Piotr postanawia, że trzeci wyciąg również poprowadzę ja, by poćwiczyć jeszcze osadzanie kości, ze względu na małą ilość osadzanej na drugim wyciągu asekuracji. Robi się ciasno, ale jakoś mieścimy się w czwórkę, udaje się nam szybko ogarnąć operacje sprzętowe i z czwórki robi się trójka: ruszam ku górze.

Trzeci wyciąg zawiera najtrudniejsze miejsce całej drogi, wystarczy jednak podejść wysoko nogami i udaje się, szkoda, że nie od razu wpadam na taką „oczywistość”.Do łańcucha pozostaje łatwy fragment, więc sprawnie wpinam się do stanowiska i poganiany zarówno przez Piotra, jak i przez coraz mocniej padający deszcz, wciągam linę. Na górze sobie siedzę i siedzę, okazało się, że za dobrze założyłem drugie stanowisko i Hipcia musiała się sporo namozolić wydłubując moje kostki. W końcu jednak pojawia się obok mnie; pierwotnie mieliśmy zjeżdżać z przesiadką, ale deszcz zaprasza do pokonania drogi jednym zjazdem. Jadę pierwszy, początek jest niezbyt przyjemny, bo skała jest już śliska, im niżej, tym robi się lepiej. Dojeżdżam do ziemi, na linie jeszcze dojeżdżam do miejsca, gdzie zostawiliśmy buty, zabieram wszystko, zwalniam linę i korzystając z czasu, w którym Hipcia się zbiera do zjazdu, zakładam kurtkę, buty i przygotowuję wszystko potrzebne do zabawy w deszczu.

W międzyczasie w górze pojawia się już postać mojej Pani, w tym czasie z drugiej strony zbocza dociera pozostała trójka. Spakowanie liny, zebranie zabawek, M. i A. zjeżdżają po linie inną drogą, ja pytam o preferowaną opcję naszego opuszczenia zbocza, odpowiedź: będzie szybciej bez zjazdów. Ruszamy zatem tak, jak przyszliśmy, w pewnym miejscu robimy przerwę na WC, a zaraz potem widzimy rozgałęzienie ścieżek, chociaż w tych liściach wszystko wygląda jak ścieżka. Schodzimy w prawo, na początku wygląda to nieźle, ale potem pozostaje tylko droga w dół po liściach. Hmm… wygląda na drogę bez (łatwego) odwrotu; sprawdzamy zatem najpierw drugą gałąź, ta z kolei wygląda dobrze, więc ruszamy, a po chwili docieramy do miejsca, z którego przedwczoraj zjeżdżaliśmy, nad Rotundą. Mijamy kwitnące konwalie i schodzimy na dół, do umówionego miejsca, u stóp skały, tam z tricama robimy wieszak i spokojnie, przegryzając co nieco, czekamy na resztę. Reszta w formie dwójki po chwili się pojawia, trzecia, brakująca sztuka, czyli Piotrek, pojawia się od góry i przygotowuje nam coś do zajęcia na najbliższe kilkadziesiąt minut. Potem pozostaje jeszcze tylko wyciągnąć Henia i zachęcić do wspinaczki.

Ustrojstwo zamontowane przez Piotrka wygląda tak: od jednego z nas, czyli asekurantów, idzie lina, przechodzi przez doczepiony do ringa bloczek, symulujący przelot, stamtąd lina idzie do Henia. Henio, jako że jest leniwy i chyba nie do końca wie, gdzie się znajduje, potrzebuje pomocy do wejścia na górę, więc dodatkowa lina, przepięta przez bloczek wyżej, stanowi motywację dla naszego bohatera, który, jak mówi Piotrek, od lat patentuje tę samą drogę i jakoś nie może jej pokonać. Dobrze więc, czas na demonstrację: miejsce na stanowisku zajmuje Piotrek, my wyciągamy Henia, który przed końcem jednak, zachęcony ręką Hipci, odpada. No dobrze, Henio wyhamowany. Piotrek stwierdza jednak, że Henio coś lekki jest i trzeba go dociążyć, zatem do heniowego brzucha pakujemy kamienie. Gdy oglądnąłem zdjęcia innych grup, które też miały zajęcia z Heniem, dotarło do mnie, że to był chyba sprytny wybieg prowadzącego, żeby uniknąć prezentacji na „ciężkim” Heniu i nie dostarczyć nam za dużo radości. :) Bo…

Bo z kolei na stanowisko podszedłem ja. Henio poszedł w górę, krzyknął „lecę!”. Szarpnęło, wyhamowałem, ale Henio strzelił w ziemię. Hmm… Powtórka. Teraz stanąłem tak, jak kazały mi odruchy, nie tak, jak mówił Piotrek, na efekty nie trzeba było długo czekać: Henio grzmotnął, a ja wylądowałem na dupie, przycierając sobie rękę o auto. Uuuj…, następni już startowali z długim rękawem. Pozostała trzecia próba, którą Piotrek zrobił z zaskoczenia, odwracając moją uwagę. Tym razem hamowanie się powiodło, ale kolejni już mieli lotnika puszczanego z niższej wysokości. Dalej bawili się Magda (dostała dwa HMSy dla zwiększenia tarcia), Adam, na sam koniec, na najbardziej już sztywnej linie, próbowała Hipcia; obie dziewczyny następnego dnia miały potężne siniaki na prawych ramionach, od uderzania się o auto, ale przynajmniej najlepiej sobie poradziły z zadaniem. Hipcia do tego wyłapała Henia najwyżej z wszystkich. Ja z Adamem podeszliśmy chyba zbyt lekceważąco do Henia i za ten brak szacunku zapłaciliśmy brudnymi od ziemi dupami. Warto jednak było robić to ćwiczenie, eraz już przynajmniej wiemy, jak wygląda odpadnięcie z wysokim współczynnikiem.

A teraz zagadka: skończyliśmy drogę, zjeżdżamy sobie po linie, nagle okazuje się, że lina się kończy, a my zamiast przy kolejnym stanowisku, wisimy nad czeluścią. Szlag! Pomyliliśmy kierunek zjazdu. Trzeba wracać, ale jak? Pierwszy punkt, który trzeba sobie zapamiętać: wspinaczu, wiąż końce liny, żeby o tym, że lina się kończy dowiedzieć jeszcze na niej wisząc, a nie już spadając. Drugi punkt: jak wiążesz końce, zostaw sobie z półtora metra luzu, żeby… no właśnie, to było tematem zajęć. Pierwszy punkt: węzeł francuski. Zawiązany w dwóch miejscach (alternatywnie można wykorzystać stoper taśmowy). Jedno na nogę, drugie do uprzęży. Mamy dwa blokery, więc teraz cierpliwie trzeba: stawać na nodze, wypchnąć górny, uwiesić sie na nim, wypchnąć dolny, stanąć na nodze… I tak można sobie prusikować, bo tak to się nazywa, pod górę. Mozolne, ale wystarczy chwila cierpliwości i już się jest wyżej. A jak się wyjedzie już na górę, to co? Trzeba zjechać. Tu uczymy się alternatywnej metody, w tak zwanym dolnym przyrządzie.

To wszystko na dzisiaj, teraz zbieramy się i maszerujemy do Brandysówki, gdzie, jako że jesteśmy u siebie, zaopatrzamy się w piwo na czas wykładu. Wykładu o teorii asekuracji. Pojawia się zatem tablica, pojawiają się pisaki i pojawia się kupa nowej wiedzy, którą spisujemy w zeszyt i staramy się ogarnąć. Niestety, wykład się wkrótce kończy, a wraz z nim – dzień. Jesteśmy zdecydowanie za mało owspinani i czekamy z niecierpliwością na jutro, które ma być już słoneczne. Zbiórka tym razem w Będkowicach.

Dzień piąty, czyli początki samodzielności

Dzień rozpoczyna się przyjemnie, bo zamiast po prostu siedzieć na tyłku i czekać, możemy w końcu się przespacerować – do Będkowic da się oczywiście dojechać samochodem, ale po co, skoro można iść na piechotę? Pakujemy komplet zabawek w plecaki i ruszamy w kierunku Rotundy, gdzie wskakujemy na żółty szlak. Odzwyczailiśmy się od szlaków na niższych wysokościach, jakieś takie krótkie się wydają, ani się człowiek nie obejrzał, a już był przy zabudowaniach, a dalej już droga prosta, pod remizą kupujemy colę i po chwili, gdy zbiera się już całość grupy, wymieniamy linę na suchą i ruszamy w Dolinę. Piotrek wręcza nam przewodnik i każe prowadzić pod Sokoliki. Pierwsi prowadzą Adam i Magda, potem my, tak nam świetnie idzie, że dochodzimy kilkanaście metrów za daleko i trzeba się wracać.

Pod skałą rozpakowujemy się, korzystając z resztek cienia i przygotowujemy się do starcia ze skałą; nam przypada w udziale Droga Róży, która zaczyna się od spokojnego III, by potem przejść w ciężki dla nas fragment V+ (oczywiście mamy wybór łatwiejsza/trudniejsza, ale skoro Hipcia prowadzi, to nie ma nawet co sugerować łatwiejszej drogi). W tym ciężkim miejscu Hipcia spędza sporo czasu, ale w końcu wychodzi, wybiera linę i pozwala mi zejść; mimo że jednowyciągówka, to robimy to zespołowo, taki jest plan na dzisiaj. Z kolei okazję na zapoznanie się z drogą otrzymuję ja… Wredne miejsce okazało się być rysą, którą szło pokonać, jeśli próbowało się tego nie zrobić na siłę, a sposobem. Właśnie – tego brakowało: sposobu. Stanąć na skale, złapać dostępnej klamy i zastanowić się nad dalszymi akcjami, przecież nikt nas nie pogania. Tymczasem oboje wpakowaliśmy się w rysę, wisząc na zaklinowanej ręce i na czubkach palców, szukaliśmy rozwiązań, nic dziwnego, że musieliśmy brać bloki, do tego ja wyplułem z siebie sporo „czarodziejskich” słów. W końcu wygramoliłem się na górę, zrzuciliśmy linę i zjechaliśmy oboje. Piotr, jak w pierwszych dniach jeszcze na bieżąco pytał, co robimy, tak teraz zostawił nas we względnym spokoju, patrząc tylko, czy to, co kombinujemy, trzyma się kupy, a przede wszystkim trzyma się ściany. I nas przy tej ścianie. Uwagę zwracał tylko wtedy, gdy zachodziła obawa, że zawodnik lub zawodniczka popełniła błąd, którego nie widzi i najwyraźniej zamierza kontynuować wspinanie w niebezpieczny sposób. Ewentualnie, ze zamierza taki błąd popełnić. Trzeba było patrzeć na swoje i partnera ręce i sprawdzać wszystko po dwa razy. Przy okazji, staraliśmy się nie tylko wykonać wszystkie czynności sprzętowe poprawnie, ale również dążyć do sprawnego ich wykonania, poprzedniego dnia ćwiczyliśmy szybkie wiązanie wyblinki i półwyblinki, tak, żeby nie tracić czasu na zastanawianie się nad liną gnącą się w co najmniej trzech wymiarach w postać tych dziwnych węzłów.

Plan okazuje się skuteczny, gdy oboje jesteśmy już na dole, druga ekipa jeszcze szykuje się do zjazdu, zatem udajemy się w cień i czekamy, wcinając jakieś jedzenie. Gdy wszyscy zeszliśmy już na dół, przemieszczamy się: opodal czeka na nas Wronia Baszta i cokolwiek ciekawa droga: rozkładamy się pod sporym kominem. Zabawki bierzemy, chociaż przydać się mają głównie taśmy; tym razem w końcu ja mogę poprowadzić, zatem ruszam: punkty to w zasadzie tylko i wyłącznie ucha i mosty skalne, sama droga jest przyjemna – sam widzę, że to nie pierwszy komin, w którym idę. Zadanie jest proste: punkty stawiamy na zewnątrz i w miarę gęsto, żeby w razie lotu nie wylądować w środku komina, bo tam boli. W końcu gramolę się na ostatnią półkę, na kolanach (Okrzyk z dołu: „Co to, Częstochowa?!”), zakładam stanowisko dookoła dużego ucha skalnego, wpinam się weń i asekuruję Hipcię; w międzyczasie przy mnie materializuje się Piotrek, który wszedł tam łatwiejszą drogą. Okazało się, że montując punkty nie wziąłem pod uwagę różnicy zasięgu między mną i Hipcią i biedactwo musi trochę się namęczyć likwidując to wszystko. W końcu i ona dociera na półkę, wpina się, teraz czekamy tylko na drugą ekipę. Mamy dwie opcje łatwiejszą oraz trudniejszą ale bardziej pod kątem psychologicznym aniżeli wymagającą fizycznie. Gdy wychodzi Magda, dość zainteresowana nagimi torsami wspinających się obok facetów, Hipcia przygotowuje się do prowadzenia drugiej części. Rączka boli, ale Hipci powiedzieć, że ma wziąć łatwą drogę, to jak włożyć kij w mrowisko: wybiera sobie ona Górny Trawers. Przygotowuję zatem miejsce, z którego będę prowadził (pamiętać, ręka hamująca ma być zawsze od ściany, na wypadek, gdybym strzelił w ścianę), a Hipcia zaczyna się gramolić. Po chwili pode mną melduje się Adam, który musi jakoś przede mną się zmieścić, więc następuje sytuacja „dobrze stoisz?”, po której wspinacz poznaje, że asekurant ma problemy, w tym wypadku tylko chodziło o przerwę w wydawaniu liny. Po chwili widzę tylko kawałek trawersu; w pewnym momencie słyszę głos Piotra „ej, nie oszukuj”, a potem sugestię, żeby zejść niżej, bo tam prowadzi droga. Powinienem był wtedy uważać i zapamiętać…

Po chwili mam przed sobą tylko linę, na szczęście za moment Hipcia rzuca „auto” i wybiera ją – teraz czas na mnie. Zaczynam trawers identycznie, w zasięgu pojawia się spore wymycie, można cały łokieć włożyć, więc ruszam, w pewnym momencie nie ma siły, muszę postawić stopę na starym ringu… to pewnie to oszustwo, które zrobiła Hipcia, no ale, kurka, droga musi tędy prowadzić! W pewnym momencie kończą mi się pomysły. Przywisam na przybloku i zaczynam kombinować nad odwrotem do ostatniego miejsca, gdzie można było odpocząć i przemyśleniu strategii. Po moim „luz” wychyla się Piotr i informuje mnie, że wbiłem się w Rysę Zająca. A trawers prowadził trochę niżej. I trochę w poziomie. Po tej radzie już idzie łatwo – i faktycznie droga brzmi jak IV+ :) Samo wyjście na pik jest już po fajnej trawiastej „dróżce”. Na górze czeka Hipcia, Adam i Piotr i cholerne słońce. Stanowisko Hipci jest założone przez malutką dziurkę w skale, (musiała się tej dziurki naszukać), do tego znienacka okazuje się, że gdzieś po drodze przez komin mocno obtarła kolano: nie ma walki bez ofiar.

Dociera ostatni, brakujący czlonek zespołów; celem kolejnej zabawy jest zjazd z przesiadką. Scenariusz przyjmujemy taki: nadchodzi burza, trzeba spierniczać, bo na uciekanie czasu już nie ma, na szczycie są dwie ekipy. Pierwszy jedzie Adam, zabierając drugą linę na plecach, gdy dojedzie, ma motać stanowisko do kolejnego zjazdu. Do zapamiętania: pierwszy zjeżdżający nie odpina blokera od liny dopóki reszta nie dojedzie! Z kolei jadą Hipcia z Magdą, ja śmigam ostatni, przygotowuję wszystko, bloker, przyrząd a tu – pech, urywa się linka od przyrządu (tego w scenariuszu nie było), jechać nie wolno. Piotrek kładzie się wygodnie na trawie i mówi: proszę, masz awarię, radź sobie. Szybko wpadłem na pomysł, że trzeba użyć półwyblinki, dowiedziałem się jeszcze dodatkowo dwóch rzeczy, których wiedzieć nie mogłem: że tu zjeżdżamy w dolnym przyrządzie i że trzeba przypilnować za pomocą ekspresu, żeby lina się nie skręciła. Najpierw trzeba było namotać półwyblinkę (dopiero następnego dnia dotarło do mnie, że półwyblinka nie jest kierunkowa, wystarczy zawiązać i będzie dobrze). Dojeżdżam do stanowiska, tym razem zjeżdżam jako drugi, żeby ktoś po mnie rozplątał linę. Na dole od razu zabieram się za pakowanie całości, bo do zrobienia pozostała jedna rzecz: przydatny węzeł flagowy.

Po chwili ćwiczenia na drzewach udaje się go opanować, więc można tylko zwinąć liny i ruszyć w stronę Będkowic. Tam Adam i Magda proponują nam podwózkę, ale my wolimy się jednak przejść przez las przed zmrokiem; spacery pod wieczór jakoś nie wychodzą, w domu zdążamy tylko oporządzić notatki i zjeść coś.

Dzień szósty, czyli samodzielność pełną gębą

Rano pobudka, propozycją jest przejście piątkowej drogi na Sokolicy, ale wszyscy jakoś niechętnie patrzą na ten pomysł (tylko Hipcia wygląda na wstępnie chętną – ja muszę jeszcze dojechać do domu, więc planuję odrobinę się oszczędzić), odpowiedzialność za decyzję bierze Magda, która przyznaje, ze na taką drogą się nie czuje. Zatem ruszamy marszem w okolice Brandysówki, konkretnie: na Cyrk Cmentarzyska. Każdy dostaje swoją drogę, nam w udziale przypada Pół komina. Prowadzi Hipcia, zaczyna wchodzić, na samym początku jest ślisko i zalicza krótki lot (tak, przez Piotra), lot został wyłapany w porę, widać, że motywacja jest inna, gdy wspina się Henio. Gdy pierwszy odcinek został pokonany, dalsza część komina jest przyjemna, nazwa drogi nie wzięła się znikąd: w połowie komin znika, a pojawia się rysa. Tam utyka na dłuższą chwilę, ale w końcu udaje Jej się wgramolić wyżej, z kolei drogę próbuję pokonać ja: w rysie też na chwilę przystaję, ale robię to, co niedawno sobie uświadomiłem: czekam. Stoję, obmyślam plan i gdy już go mam, to go realizuję, ze skutkiem pozytywnym. Na górze dołączam do Hipci, robimy zjazd i pakujemy się na zachodnią stronę, gdzie czeka na nas Zachodni Komin.

Pod spodem rozkładamy się, teraz pierwszy w górę idę ja, komin, jak komin: zapieramy i rozpieramy, idzie przyjemnie, na samym końcu pojawia się trochę kruszyzny i zrzucam kilka kamieni. Góra, przewiązanie, zjazd. W międzyczasie szkolenia z „czegoś” zaczyna druga ekipa, my zamieniamy się miejscami, w kominie tym razem przeciska się Hipcia. Do zjazdu dociera bez większych problemów, na górze, przewiązując się, zapomina przewiązać ósemki i musi pokombinować jeszcze trochę, ale w końcu dociera; zamieniamy się miejscami i uczymy się kilku jeszcze typów stanowisk.

Gdy kończymy naukę, a reszta kończy wspinanie, Piotr stawia proste pytanie: czy chcecie jeszcze? Z jednej strony ciało da radę, z drugiej strony leniwa cześć ducha chce już tylko świętego spokoju, ale z trzeciej strony ambitna cześć ducha mówi, że trochę szkoda rezygnować. Dobrze: bierzemy się za Ryskowca, tworzonego przez Krzyśka Skoczylasa. Prowadzę ja, pierwszą część pokonuję swobodnie, problem pojawia się przy drugiej części, ale odrobina doświadczenia zdobytego w kilku rysach pomaga, chwila zastanowienia i udaje mi się wydostać wyżej. W międzyczasie gdzieś słyszę grzechot toczących się kamieni: Adam odpadł i, jak się okazało, musiał zjechać na dół. Ja wspinam się dalej, jedyną opcją jest wyjście do góry i krótki trawers do stanowiska, co czynię, po czym sprowadzam Hipcią, która z drogą radzi sobie równie sprawnie, co ja. Potem tylko zjazdy, zebranie zabawek i przy potoku, przy którym w międzyczasie Adam chłodził sobie stłuczoną nogę, po przerwie na opatrunek, robimy sobie pogadankę o… pierwszej pomocy, która to pogadanka robi się rozmową pożegnalną.

Na sam koniec podsumowanie: dowiadujemy się, że radzimy sobie bardzo dobrze i kwalifikujemy się na kurs tatrzański w najbliższej przyszłości. Jak się taką pochwałę dostanie na sam koniec, to aż szkoda wyjeżdżać, ale, niestety: trzeba zdać sprzęt, zgrać sobie zdjęcia, spakować wszystko i wsiąść do samochodu, by pożegnać się z Doliną Będkowską. Ale nie na długo zapewne.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kursy wspinaczkowe, Skałki, Ze zdjęciem. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>