Tatry jako rozgrzewka – maj 2012

Wstęp

Pomysł pojechania w Tatry pojawił się znienacka: mogliśmy rozpocząć kurs skałkowy w sobotę, ale wtedy zostałyby na końcu trzy dni weekendu, z którymi nie wiadomo za bardzo co zrobić, przypuszczałem, że po sześciu dniach wspinaczki nie mielibyśmy zbytnio ochoty na chodzenie po górach. Akurat trafiliśmy na dobry termin (od pierwszego maja), w szkole, którą polecił nam kolega, odwrócona kolejność, czy najpierw Tatry, potem kurs, przynajmniej w teorii wyglądała na rozsądną.

Dzień pierwszy: Miało być lekko, wyszło jak zawsze

Trasa:
Dolina Kościeliska
Schronisko na Hali Ornak – Iwaniacka Przełęcz
Iwaniacka Przełęcz – Pasmo Ornak – Siwa Przełęcz
Siwa Przełęcz – Starobociański Wierch – Kończysty Wierch
Kończysty Wierch – Trzydniowiański Wierch
Trzydniowiański Wierch – Dolina Chochołowska
Dolina Chochołowska

Samo znalezienie noclegu na weekend majowy graniczyło z cudem, wszystko było albo pozajmowane albo wynajęcie wymagano wynajęcia na co najmniej na 4 dni. Do tego drogo jak cholera jasny gwint, więc rezygnujemy zrezygnowaliśmy z naszej sprawdzonej miejscówki, zresztą już zajętej. Hipcia na trzy dni przed wyjazdem rozpoczęła procedurę poszukiwania noclegu, priorytetem była możliwie niska liczba ludzi i zabudowań, czyli Centrum Zakopanego, a tym bardziej Krupówki na starcie zostały odrzucone W rachubę wchodziło również pole namiotowe bądź biwak na dziko w górach, ostatecznie wybór padł na jakiś pensjonat na Jaszczurówce, spełniał kryteria: nie centrum, z dala od tłumów, blisko wejścia doTPN, właściciele zgodzili się bez problemu na nas przyjazd rano (co zwykle było problemem u innych), co oznaczało że nie mają tylu gości, do tego ze zdjęć wyglądał na przyzwoity

Startujemy jak zawsze w nocy, w Zakopanem jesteśmy na ósmą. Pensjonat fajny, na parkingu stoi tylko jedno auto. Rozpakowujemy wszystko (piwo obowiązkowo ląduje w lodówce) i analizujemy możliwe trasy. W końcu, nie bez problemu, pada na pasmo Ornak. Że niby umawialiśmy się, że będzie spokojnie.

Od razu ubieramy się w krótkie spodenki i podkoszulki, bo chwilowo przetacza się nad nami faza upałów, do plecaka lądują natomiast grube rękawiczki, kurtki i polary.

Startując spod pensjonatu, proszę Hipcię o otworzenie przesuwanej bramy. Brama ciężko chodzi, a Hipcia zapomina napiąć mięśnie. Efekt: małe naderwanie, z którym będzie się borykać przez kolejne 2 miesiące. Pod Doliną Kościeliska na parkingu chłopak podchodzi i życzy sobie dwóch dyszek. Jako że widziałem kątem oka napis na sąsiednim parkingu „14zł”, rzuciłem „Dwie dychy to nie, zwijam się wobec tego, tu gdzieś obok zaparkuję”. W odpowiedzi dowiedziałem się, że za dziesięć złotych też się da; zupełnie przypadkowo stargowałem połowę ceny.

Pierwsza część drogi to spacer po płaskim w kierunku schroniska na Hali Ornak. Poruszamy się w tłumie spacerowiczów, dziwnie czując się w butach trekkingowych i z dużymi plecakami.To zresztą nas nie zajmuje zbytnio, bo wokół pięknie kwitną krokusy, trochę zaskakująco, bo nie wnikając w temat zapamiętaliśmy sobie, że kwitną tylko w dolinie Chochołowskiej. Ot, niespodzianka.

Nie zatrzymujemy się za często, chcemy bowiem jak najszybciej opuścić tą pielgrzymkę, docieramy w końcu do schroniska. Tam bierzemy po piwie, zamieniamy kilka słów ze starym turystą, który polecał nam słowackie piwo z pokrzyw i ruszamy dalej, zółtym szlakiem. Powoli dookoła pojawia się śnieg, robimy kilka zdjęć krokusów przebijających przezeń, po czym ruszamy pod górę w kierunku przełęczy Iwaniackiej. Tu już jest zdecydowanie mniej ludzi, do samej przełęczy minęliśmy tylko dwie osoby, wyprzedziając też parę niewiele: dresika w adidasach i jego laskę w balerinkach, rodzinę i jedną grupkę młodzieży. Słońce świeci, wszystko dookoła szumi ściekającą wodą, a my maszerujemy po niezbyt przyjemnym mokrym śniegu, od czasu do czasu zapadając się i jak zwykle bawiąc się w chowanego z naszymi nakładkami przeciwśnieżnymi na kijki. Po drodze na naszych oczach rozegrał się dramat: ponad ludzkie możliwości dla jednej ekipy okazało się pokonanie potoku bezczelnie przepływającego przez ścieżkę. Nie wiemy jak to się zakończyło, bo szybko poknaliśmy przeszkodę i ruszyliśmy dalej na samej przełęczy sporo ludzi, obsiedli prawie każdy fragment ziemi wolny od śniegu. Mieliśmy szczęście bo właśnie zwolniła się jedna miejscówka, robimy więc chwilę przerwy na jedzenie gapiąc się na pasmo Ornak, a że słońce daje w kość zakładamy też chusty na głowy i okulary przeciwsłoneczne Obok nas jakiś facet niemiłosiernie chrapie, a gdy w końcu jego kompanom udaje się go obudzić wkręcają go że spał ponad 2 godziny.

My na szczęście nie odpoczywamy aż tak długo. Z czasem jest wszystko w porządku, zatem ruszamy, już po śniegu, pod górę, w kierunku górujących nad lasem wydeptanych w śniegu ścieżek, na których widać kilka maleńkich postaci. Tuż powyżej poziomu lasu mijamy chłopaka, któremu najwyraźniej coś pękło w środku, bo płacząc opowiadał przez telefon o identyfikacji ciał i upadku z góry. Musiał się nieźle napompować strachem przed, bo same ślady (widoczne na górze) prowadziły w dół łagodnego zbocza i miały marne dziesięć metrów. Chyba, że postanowił spadać w innym miejscu, nie mieliśmy odwagi pytać go o szczegóły. Droga prowadziła nas w górę, w pewnym miejscu rozwidliła się, poszliśmy mniej uczęszczanym fragmentem, dzięki czemu skróciliśmy trochę trasę kosztem przedzierania się przez ukrytą pod śniegiem kosówkę, korzystając z kilku wystających drzewek przebieramy się; zakładamy długie spodnie i stuptuty. Z tego miejsca droga na Ornak jest więcej niż prosta, słońce dopisuje, zatem co chwilę przystajemy, podziwiając (i identyfikując przy pomocy mapy) poszczególne szczyty. W okolicy samego Ornaku zatrzymujemy się na dłużej i postanawiamy nie schodzić już z masywu, ale ruszyć dalej, w kierunku Starobociańskiego Wierchu. O ile pasmo Ornak było jeszcze trochę zaludnione (cztery osoby), o tyle droga na Starobociański, mimo że wydeptana, była pusta, byliśmy tylko my i ścieżka w śniegu prowadząca tuż przy śnieżnych nawisach. Podejście też ostrzejsze, dość długie i męczące, gdy zniknął śnieg pojawiły się luźne kamienie, które utrudniały mozolenie się pod górę. Oznaczeń szlaku też nie było widać ale cel był jeden: wdrapać się na szczyt. Do tego im wyżej wchodziliśmy, tym chłodniej się robiło; nie pomagał na pewno cień góry, w który weszliśmy i coraz mocniejszy wiatr. Wiatr na tyle mocny, że na szczycie zrobiliśmy tylko symboliczny odpoczynek chowając się za skałą, bo samo oddychanie przychodziło z trudnością.

Zaraz potem zwinęliśmy się w kierunku Kończystego Wierchu, na szczęście wiatr zaczynał się uspokajać, chociaż kilka razy pokazywał swoją moc prawie przewracając Hipcię, spokój dał nam dopiero, gdy schowaliśmy się w lesie. Do lasu jednak był kawałek; zejście ze Starobociańskiego za wyjątkiem silnego wiatru i dość śliskiego śniegu nie powodowało żadnych problemów, zresztą tak jak łagodne wejście na Kończysty. Tam zrobiliśmy krótką sesję na zdjęcia zachodzącego słońca w porównaniu do naszej ostatniej wizyty w tych okolicach, mieliśmy piękne widoki, dużo słońca i dużo czasu, więc specjalnie się nie spieszyliśmy, chociaż już wiadomo było, że „pierwszy, lżejszy dzień” to przenośnia; pozostawało się zastanowić, co będzie „drugiego, mocniejszego dnia”. Schodząc ze szczytu robimy przerwę na piwko, Hipcia jest przekonana, że w oddali na podejściu pod Jarząbczy widzi sylwetkę człowieka, która okazuje się jednak zwykłym złudzeniem. Potem próbuje mnie przekonać że są tam też dwie kozy ale też nic z tego. Droga na Trzydniowiański, z którego wycofywaliśmy się całkiem niedawno, prowadzi kapitalną kamienistą ścieżką trolli częściowo już pozbawioną śniegu, Robi się chłodno, a wiatr zaczyna przypominać o sobie ostrymi podmuchami. Zwiedzamy okolice szczytu, jak się okazało można było ostatnio próbować uderzać na Kończysty ; ponadto pierwszy nasz strzał co do kierunku schodzenia był wówczas słuszny, ale dobrze, że wtedy zawróciliśmy. Teraz szukaliśmy krótszej trasy, więc odpuściliśmy tamten szlak i zeszliśmy już znanym czerwonym między drzewa. Szlak wyglądał nieco inaczej niż ostatnio, zamiast połaci nieprzetartego śniegu teraz wiła się ładna kamienista droga otoczona kosówką, po której ostatnio próbowaliśmy wejść zapadając się po pas w śniegu. Szlak przez las niewiele się zmienił, dalej leżał śnieg z tą tylko różną ze było on bardzo mokry, do tego było go znacznie więcej. Ciężko się schodziło, na przemian się ślizgając i zapadając w grząskiej breji. Mimo trudności szlak był nudny, jak zresztą każdy przez las, po drodze założyliśmy raki, ale jakoś ciekawiej się nie zrobiło. Gdy wyszliśmy do doliny Chochołowskiej było już ciemno, widać było tylko tyle, co oświetliła czołówka: trochę drogi i las. Po dłuższym kawałku zacząłem zasypiać idąc, bo w końcu wyszedłem w góry świeżo po jeździe samochodem. Na szczęście dotarliśmy do asfaltu, tam już się spać nie chciało, ale musieliśmy jeszcze dojść do wejścia do doliny. Po żmudnym kawałku w końcu dotarliśmy do samochodu, by dowiedzieć się, ze zegarek, który miałem przy sobie, działał jeszcze na czasie zimowym. Nie była 22:30, a 23:30. Pozostało tylko wpakować się w samochód, ostatni na całym parkingu, i ruszyć w kierunku Zakopanego.

Dzień drugi: czyli miało być mocniej… i było.

Trasa:
Jaszczurówka – Nosalowa Przełęcz
Nosalowa Przełęcz – Murowaniec – Czarny Staw Gąsienicowy – Zawrat
Zawrat – Świnica – Świnicka Przełęcz
Świnicka Przełęcz – Hala Gąsienicowa
Hala Gąsienicowa – Kuźnice

Rano wstajemy, bez żadnych zakwasów ani problemów mimo odbytej wczoraj trasy. Znowu zapowiada się upalny dzień. Jemy śniadanie, pakujemy wszystko i z piwkiem w ręce ruszamy, tym razem na piechotę, bo nocując na Jaszczurówce mamy wejście na zielony szlak prawie pod nosem. Powtarzamy pożegnalną trasę z poprzedniego wyjazdu, po drodze robimy przystanek nad strumykiem. Ludzi niewiele, dochodzimy do nosalowej przełęczy, gdzie schodzimy trochę w dół i wbijamy się na niebieski w stronę Hali Gąsienicowej. Dziwne, ale w tę stronę (i za dnia!) ten szlak robiliśmy po raz pierwszy. Wyjąwszy tłum ludzi, upał i oblodzenia idzie się w miarę znośnie. Powyżej poziomu lasu zaczyna się pojawiać śnieg i po raz pierwszy tego dnia wita się z nami bardzo mocny wiatr, który towarzyszy nam aż do zejścia w dół z Przełęczy między Kopami. Liczba ludzi, obsiadających każdy wolny fragment szlaku i przesuwających się po nim zniechęca nas do jakiegokolwiek podziwiania widoków, maszerujemy aż do Murowańca. Tam – wszystkie stoły są obsiedziane, na szczęście gdy wracam z piwem, Hipcia akurat zajmuje jeden właśnie zwolniony. Przysiadamy i zabieramy się do zdjęcia na chwilę butów, tak się w tym zapamiętuję, że strącam piwo ze stołu, na szczęście w schronisku jeszcze sie nie skończyło i dostaję kolejne. Słońce tak grzeje, że trzeba ubrać chusty, a Hipcia do tego zakłada t-shirt zamiast podkoszulka – trochę się jej dekolcik przypalił.

W końcu trzeba przestać się lenić, napojeni i nasyceni zwijamy się w kierunku Stawu Gąsienicowego, celem jest podejście pod Zawrat. Idziemy wąską ścieżką wydeptaną w mokrym śniegu mijając snujących się turystów. Kiedy wydawało się że najgorszy tłok za nami, dochodzimy do rozmarzającego już Stawu gdzie na pozbawionej śniegu polanie wyleguje się i grzeje w słońcu tłum rozbawionych ludzi: turystów, skiturowców i maści licho wie, kogo jeszcze. Byli tu chyba wszyscy przebywający w TPN. Szybko się stamtąd zwijamy robimy tylko kilka zdjęć i przez chwile obserwujemy dwie grupy podchodzące na Karb, Obchodzimy jeziora na szczęście nikt nie poszedł w nasze ślady i możemy spokojnie maszerować, z nad przeciwka mija nas tylko czwórka skiturowców Słońce grzeje, a skóra zaczyna powoli odczuwać tego skutki. Dochodzimy do momentu w którym ślady się rozchodzą jedne pod górę, drugie dalej wokół stawu, lokalizujemy wejście, jak się nam wydawało pod przełęcz i decydujemy (a dokładnie to ja decyduję), że powinniśmy iść dalej wzdłuż stawu. Nieważne, że z góry schodzili ludzie, a droga którą wybraliśmy stawała się co raz bardziej nieprzetarta i uciążliwa; trzeba było brnąć w śniegu, czasami zapadając się po kolana; Hipcia zapadła się nawet po pas. Oczywiście nie posłuchałem propozycji Hipci aby może zerknąć na mapę i sprawdzić czy na pewno dobrze idziemy mapy są przecież dla leszczy. Gdy dotarliśmy pod rzekome wejście na Zawrat okazało się, że to co wydawało mi się ludzkimi śladami było śnieżnym osuwiskiem, nietkniętym ludzką stopą. Bardzo cenna lekcja na przyszłość, do zapamiętania: nie każde ślady na śniegu muszą być śladami ludzików! W tej sytuacji, postanawiamy jednak posłużyć się mapą. Rzut oka uświadamia nam, że zapomnieliśmy podejść odrobinę w górę, zanim zawiniemy w prawo. To by się zgadzało z naszymi poprzednimi przejściami tym szlakiem tylko, że w druga stronę. Wracamy, idziemy w górę – jest skręt, nawet ktoś miły postawił przy nim drogowskaz. Jest też ścieżka wydeptana w śniegu, to stąd schodzili widziani przez nas z dołu turyści. Mozolimy się po śniegu pod górę, podejście na wysokość zmarłego stawu było bardziej strome niż w warunkach letnich, dla bezpieczeństwa używamy czekanów (raki były już na nogach od dłuższej chwili). Za nami nikogo przed nami, schodzących z góry kilku ludzi, w tym jeden facet z czekanami dwie starsze panie w adidasach. Po wyjściu na górę ślady ludzików prowadzą we wszystkich kierunkach, tworząc mniej lub bardziej udane skróty czy niedostępne latem przejścia zimowe. My trzymamy się, można powiedzieć, najgłówniejszej drogi. Nie widzimy też nikogo kto by schodził z Koziego Wierchu czy Żlebem Kulczyńskiego. Podejście pod samą przełęcz okazuje się być długie i mozolne, ale mniej strome niż pod Przełęcz Świnicką (przynajmniej w tych warunkach – po śniegu) do tego w cieniu, więc chłodniej. Idzie się sprawnie bo wydeptanych w śniegu „schodach”. Przed nami wysoko grzebią się skiturowcy, z których jeden zdecydowanie ma problemy z podejściem – mimo że był tuż przy końcu drogi, doganiamy go i wyprzedzamy.

Na samym Zawracie, jak wystawić nos za skałę, tak go od razu urywa, robimy zatem chwilę przystanku – w cieniu, ale osłonięci od wiatru. Znajdujemy miejscówkę przy skale, przy naszych dzielnych skiturowcach, którzy zaraz zjechali w stronę 5. Zostaliśmy na przełęczy sami, ubieramy się ciepło i jedząc zimne 7 days, decydujemy co dalej. Hipcia naciska na Orlą, są nawet ślady, ale nie wiadomo jak daleko prowadzą, może się natomiast okazać, że jedno przejście i to w warunkach letnich to za mało, aby przejść ten szlak bez problemu w śniegu. Poza tym poruszanie się po strzelistej grani, zwłaszcza takiej jak Orla przy takim wietrze może nie należeć do przyjemnych i bezpiecznych , Ostatecznie, przy dużym niezadowoleniu Hipci, decydujemy się na łatwiejszą Świnicę. Następuje moment uderzenia wiatru i już maszerujemy uparcie w kierunku widniejącego w górze szczytu. Zaraz zresztą mamy pierwszy problem, wydeptane ślady znikają, idziemy zatem chwilę po cudzych, aż w końcu depczemy swoje, przechodząc na trawki i głazy. Wynosi nas trochę wysoko (zaczęliśmy wchodzić na Zawrat), a wydeptany szlak, który znikąd się pojawił, widnieje na dole, zatem schodzimy ostro w dół, dwukrotnie Hipcia traci równowagę i zalicza obsuwę na mokrej trawie (czekan przydaje się też w takiej sytuacji), ale koniec końców schodzimy na śnieg, wymieniając wrażenia z ekipą, która właśnie nadeszła od strony Świnicy. W najbliższej przyszłości czeka nas spora połać śniegu, a potem włażenie po skałach, śniegu mniej, do tego przy zejściu na przełęcz świnicką jest strasznie mocny wiatr Ruszamy zatem: droga jest ładnie wydeptana, więc spokojnie idziemy, łańcuchy nie są przysypane, bez problemu można wchodzić Idzie się znacznie lepiej niż w warunkach letnich, śnieg ładnie wyplenił skały zmniejszając stromiznę po drodze pozbywamy się raków, bo śnieg znika, a gdy znów się pojawia są ładne schodki śnieżne więc raki nie są potrzebne . Również czekan ląduje przy plecaku, choć długo służył do asekuracji przy bezłańcuchowych i śnieżnych fragmentach.. Ślady klika razy rozchodzą się w różne strony, my jednak kojarzymy jak idzie szlak więc trzymamy się głównego traktu. Dochodzimy do znajomego miejsca z którego jest już bezpośrednie wejście na Świnicę. W końcu – szczyt! Zasiadamy na chwilę, podziwiając zachodzące słońce, nikogo dookoła. Trzeba się jednak spieszyć, bo powoli się ściemnia, do tego wiatr jest nie do wytrzymania

Schodzimy i tu pojawia się nieprzyjemna niespodzianka: mimo że ze szczytu widzieliśmy jakieś ślady, tu nagle się urywają. Zero. Nic. Jak ci ludzie tam przyleźli? Na jednej ze skał widzimy oznaczenie szlaku, podchodzę ale ewidentnie nikt tędy nie szedł. Wracamy do punktu wyjścia, w którym urywają się ślady, proponuje iść prosto w dół przy skałach ale jakoś nam to nie pasuje. Drugi raz idziemy w prawo w górę na miejsce z oznaczeniem szlaku, zdecydowanie zero śladów ani przy skalach ani przez środek zejścia. Postawiamy jednak zaryzykować, skoro jest oznaczenie szlaku, to on gdzieś tu prowadzi, na pewno nie na samą górę bo dopiero tam byliśmy, więc trawersujemy zboczem na rympał przez śnieg. Brniemy w kierunku, w którym chyba oryginalnie szedł szlak, trochę tropiąc po skałach śladów szlaku schodzimy (uff ! na jednej z nich zamajaczył upragniony czerwony kolor), cały czas wytyczając drogę, w końcu wchodzimy za załom i… są! Ładna, szeroka, wydeptana ścieżka, która widzieliśmy z góry, a która prowadziła bezpośrednio na szczyt, czego ani nie wiedzieliśmy, ani ze szczytu nie mogliśmy zobaczyć. Jeśli ktoś szedł od Kasprowego, to po prostu wsiadał na drogę i wychodził na szczyt, my mieliśmy pecha. Dobrze, że nie postanowiliśmy iść w dół. Teraz, jak już ślady się pojawiły, odetchnęliśmy z ulgą, można było iść, ale czasu jest niewiele, ściemnia się, dobrze by było zejść na płaskie przed zmrokiem.

Udaje się na styk: zejście do przełęczy robimy przy świetle słońca i przy silnym wietrze, końcówkę – już przy świetle księżyca. Zejście z przełęczy bezproblemowe, buty dobrze trzymają się śniegu. Czołówki są niepotrzebne, bo księżyc oświetla drogę. Ładnie wydeptana droga (pomijając rozliczne jej warianty) prowadzi prosto na Halę Gąsienicową, po krótkim spacerze (ktoś się nie wysilał, tylko wytyczył drogę prosto przed sobą), wychodzimy na żółty szlak. Tam już trochę brnąc w błocie dochodzimy do rozejścia szlaków, gdzie robimy tradycyjnie postój, a potem, cóż, czołówka na głowę i marsz. Naszym ulubionym szlakiem, przechodzonym zawsze nocą, czyli niebieskim, schodzimy w dół do Kuźnic. Robi się północ, my dzielnie idziemy, w pewnym miejscu znajdujemy skrót w stronę Nosala, tamtędy, miedzy domami, przechodzimy do asfaltu, potem tylko kierunek: Jaszczurówka i jesteśmy w domu. Pierwsza trzydzieści w nocy, piętnaście i pół godziny. Rekord.

Dzień trzeci: zasłużony odpoczynek

Trasa:
Dolina Kościeliska

Gdybym dał Hipci wolną rękę w doborze tras, pewnie zrobilibyśmy co najmniej powtórkę z dnia pierwszego, bo „przecież i tak blisko jedziemy”. Jakoś przeczuwałem, że nie jest dobrym pomysłem przekatowanie się przed wspinaczką, zatem zarządziłem regenerację. Podjechaliśmy pod dolinę Kościeliska, zaparkowaliśmy już na innym parkingu, wzięliśmy sandały, torbę na ramię i jak typowi turyści wtopiliśmy się w tłum. Odeszliśmy kawałek, przecięliśmy łąkę pokrytą już, niestety, uschniętymi krokusami i na dobre dwie godziny zalegliśmy nad potokiem. W końcu trzeba się było zebrać, odwiedziliśmy jeszcze Wielką Grań Krupówek, bez przyjemności, bo w poszukiwaniu poczty, mając na uwadze ilośc ludzi, zrezygnowaliśmy z pizzy i wróciliśmy do samochodu, by ruszyć w stronę Krakowa, w którego okolicach miała na nas czekać kolejna przygoda tej majówki.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>