Historia zatacza koło: zima w Tatrach, 29 lutego – 4 marca 2012

Wstęp

Minął już rok od poprzedniej wycieczki. Wycieczki, do której przygotowywaliśmy się tak, jak do wyprawy na Syberię, a która nie okazała się aż tak straszna. Zima w górach to zresztą piękna pora roku: nawet najpaskudniejsze szlaki potrafią człowieka oczarować tylko, gdy zostaną przykryte śniegiem. Poza tym, góry zimą to wyzwanie, nie wystarczy tylko tupać patrząc przed siebie i regularnie uzupełniać płyny.

Pierwotnie rozważaliśmy uczestnictwo w kursie turystyki wysokogórskiej. Opisy zakresu przyciągały i wabiły, zdążyliśmy już nawet przeglądnąć ofertę kilku szkół i o mało co nie zarezerwowaliśmy miejsca. Na szczeście przeglądając inne kursy, zorientowaliśmy się, że taki kurs zawiera się w całości w komplecie kursów skałkowy/taternicki/zimowy taternicki, który mieliśmy w planach robić. Ponadto nie mieliśmy przekonania, czy warto zapisać się na coś takiego, czy nie jest to tylko okazja, by z ludzi ściągnąć kasę, dając w zamian sporo informacji, które są ciekawe (bo, och, góry, zima, ASEKURACJA), ale które albo się wcale, albo mało przydadzą; taka okazja, żeby się opić alkoholu przy ciekawych rozmowach i do tego połazić po górach, i zapłacić za to kupę kasy. Zatem – jedziemy na własną rękę.

Termin wyjazdu był ustalony wcześniej, w trakcie oczekiwania na zgodę na urlop, Hipcia przeglądała rozmaite fora górskie. A było po co – przez dwa tygodnie w Tatrach utrzymywał się stabilnie trzeci stopień zagrożenia lawinowego, do samego niemalże końca zastanawialiśmy się, czy Tatry, czy Beskid, w końcu padło na te pierwsze. Pojechaliśmy wyposażeni w sporą wiedzę na temat zimowego pętania się po szlakach, wytyczania ich, dobierania drogi pod kątem lawin, do tego do ekwipunku dołączył drugi czekan i mieliśmy nadzieję, że w końcu na coś się nam przyda.

Dzień pierwszy: Harnaś na Grzesiu przez Rakoń

Trasa:
Dolina Chochołowska
Schronisko na Polanie Chochołowskiej – Grześ
Grześ – Rakoń – Grześ Grześ -Schronisko na Polanie Chochołowskiej
Dolina Chochołowska

Start – standardowo: wpół do drugiej w nocy, z planem dotarcia do Zakopanego nad ranem, udało się tak jak zwykle. Wniesienie bagażu, rozpakowanie zajęło niewiele czasu, pozostało tylko pochylić się nad podstawowym pytaniem: dokąd idziemy. Po długiej, bardzo długiej analizie mapy, połączonej z przeglądaniem notatek, decydujemy: skoro jesteśmy pierwszy raz zimą w Tatrach, skoro nie mamy doświadczenia zimowego, skoro może być niebezpiecznie, zacznijmy od prostego, zimowego szczytu, szczytu, który wszyscy polecają jako „ten, który jest do zdobycia zimą przez każdego” – Grzesia. Czujemy, że jeszcze bardziej polecane na pierwszy raz Gęsia Szyja, czy też Kopieniec, mogą okazać się pewnym zawodem, pod kątem trudności.

Na samym początku już naruszamy przepisy, parkując na krzywy ryj na parkingu szkółki narciarskiej. Potem wtapiamy się w tłum, przemykamy na drugą stronę stoku i mkniemy przez zaśnieżoną, przeprutą śladami nart łąkę. Nadchodzi zielony szlak prowadzący w dolinę, ścinamy jeszcze do drogi przez łąkę i jesteśmy: teraz czeka nas tylko ponad godzina tupania przed siebie w kierunku schroniska. Tupania ładną, ośnieżoną doliną, ale, niestety, nadal po płaskim. Na szczęście nie ma za wielu ludzi – wyprzedzają nas sporadycznie sanie, a ekip idących mijamy zaledwie kilka, narciarze też się gdzieś pochowali.

W końcu jednak, zmordowani i znudzeni docieramy do schroniska, już od chwili idziemy z wywieszonymi ozorami, czekając na nagrodę za naszą odwagę – piwo! Na szczęście w schronisku mają go pod dostatkiem, więc spożywamy po jednym, pakujemy jeszcze jedno do plecaka i spokojnie ruszamy pod górę, żółtym szlakiem. Temperatura jest dodatnia, więc śnieg jest ubity i mokry a z drzew nieprzyjemnie kapie za kołnierz. Na szczęście tutaj również nie mijamy prawie nikogo, więc możemy cieszyć się górskim spokojem i robić swoje. Gdy w końcu wychodzimy powyzej poziomu lasu, okazuje się, że na Grzesia prowadzi wydeptana autostrada, więc nie ma potrzeby szukania szlaku. Czasu mamy w bród, zatem pytamy schodzącą grupę osób o szlak na Rakoń, niestety, oni szli tylko na Grzesia. Na samym szczycie cisza i spokój, trwa tylko nieprzyjemna mżawka, ja za to próbuję zrobić Hipci krzywdę, nieumyślnie strącając jej prawie na głowę kawał lodu z drogowskazu.

Piwo w schronisku zakupiliśmy, żeby móc spożyć Harnasia na Grzesiu, Hipcia jednak się nie zgadza, mamy czas, więc piwa napijemy się na Rakoniu. Dobrze zatem: czasu jest dosyć, co prawda jest mgliście, ale droga na Rakoń nie jest trudna, wystarczy trzymac sie grani i pilnowac, żeby iść pod górę i by po obu stronach był spad. Zresztą nie jesteśmy pierwsi, ślady, niewyraźne, ale jednak fragmentami są. Mgła i mżawka starają się, by nie było nam za dobrze nawigować, trasa robi się coraz bardziej nieprzyjemna, pod stopami pojawia się zmarznięty śnieg, ale raki są cały czas niepotrzebne. Ponieważ idziemy tym szlakiem po raz pierwszy, myśli typu „ta górka to już na pewno musi być szczyt” towarzyszą nam nieprzerwanie, w końcu dochodzimy do jednego z podejść, które postanawiam, że będzie ostatnim: skoro słowacki szlak z Rakonia jest zamknięty, to może zdjęli też oznakowanie, na potrzeby konserwacji, a my minęliśmy szczyt i idziemy na Wołowiec; do zmroku pozostawało nieco ponad godzinę, wystarczająco, by wrócić na Grzesia, dalej już można nawigować po śladach. Na całe szczęście ostatnie podejście okazuje się być Rakoniem.

Na szczycie robimy szybkie przegrupowanie, mokre softshelle zastępują kurtki (niewyjaśnioną zagadką pozostaje, dlaczego nie zdjęliśmy ich wcześniej), przy okazji uczymy się kolejnej rzeczy: bez pokrowca plecak moknie, a jeśli rzeczy w plecaku nie są w workach, to też mokną. Rezygnujemy z Harnasia na Rakoniu i wracamy po swoich śladach; jak łatwo się we mgle zgubić, prezentuje Hipcia, która rusza w dół pod kątem 45 stopni do właściwego kierunku. Korygujemy trasę i ruszamy w kierunku swoich śladów, pod kurtkami robi się przyjemnie sucho, chociaż deszcz nadal nie daje za wygraną. Mgła przy schodzeniu jeszcze bardziej przeszkadza, na szczęście staraliśmy się stawiać stopy wyraźnie, więc do wyprostowania szlaku docieramy bez przygód, potem tylko trzeba wytupać swoje w kierunku Grzesia. Na Grzesiu robimy pamiątkową fotkę widoku, a w zasadzie mgły zasłaniającej widok i ruszamy w dół zbocza; oczekiwanego Harnasia pijemy po drodze. W lesie pada mniej, więc częściowo dosychamy i tak docieramy do schroniska, gdzie robimy przerwę na żurek i grzane wino.

Powrót Doliną Chochołowską nigdy nie należy do przyjemnych, jest nudny, nudny i nudny. Z olbrzymią radością docieramy do odbicia zielonego szlaku, z ulgą pakujemy się do samochodu i jedziemy do domu, gdzie czeka na nas misja: suszenie rzeczy. Buty – przemoczone. Kurtki, czapki, rękawiczki – wilgotne. Na szczęście kaloryfery grzeją jak szalone, więc bez obaw o schnięcie rzeczy, kładziemy się spać.

Dzień drugi: Nawigując we mgle w kierunku Kościelca

Trasa:
Kasprowy Wierch – Przełęcz Liliowe
Przełęcz Liliowe – Hala Gąsienicowa
Hala Gąsienicowa – Karb
Karb – Kościelec – Karb
[+/-] Karb – Hala Gąsienicowa Hala Gąsienicowa – Murowaniec
Murowaniec – Kuźnice

Plan był prosty: dotrzeć na Halę Gąsienicową i zastanowić się, co dalej. Standardowo – są dwie drogi: podejście niebieskim lub żółtym, albo wyjechanie na Kasprowy i zejście w dół. Decydujemy się na tę drugą opcję: gdy docieramy na peron, zaczynamy żałować, czeka na nas kupa narciarzy. Chcąc nie chcąc pakujemy się do wagonika, czując się dość oryginalnie z czekanami zamiast nart i po chwili duszenia się i słuchania żartów podpitej, starszej pani, wysiadamy na Kasprowym. Na Kasprowym, na którym czekają na nas wiatr i mgła. Widoczność – kilkanaście metrów, oznaczenia szlaków, oczywiście nie ma, skoro tabliczki drogowskazu są na wysokości kostki. Patrzymy się po sobie i postanawiamy podejść kawałek czerwonym i najwyżej zawrócić. Od razu korzystamy z nowego zakupu, w dzień wyjazdu zupełnym przypadkiem trafiiśmy na przecenione, najtańsze gogle – teraz, gdy je zakładamy, świat wygląda inaczej, a oczy przestają łzawić. Po ubraniu się opusczamy tłum kłębiących się narciarzy i kierujemy się w stronę Beskidu. Na szczęście miejscami widzimy wydeptane ślady, do Beskidu docieramy bez przygód, na szczycie spotykamy Dębsia i kierowaną przez niego grupę kursu zimowego. Tam już zakładamy raki i zastępujemy jeden z kijów czekanem, jak się okazuje, słusznie: zejście z Beskidu, a także kolejne zejścia w kierunku przełęczy Liliowe, nie są szczególnie trudne, ale czekan, jako przenośne stanowisko asekuracyjne, przydaje się.

Do Liliowych koniec końców docieramy, stajemy pod drogowskazem i myślimy, bo jest nad czym. Ślady ludzi przed nami prowadzą w stronę Świnicy, jej nie chcemy zdobywać, pozostaje zawsze opcja zejścia przez Przełęcz Świnicką, ale ona może być zasypana i lawiniasta. Z kolei w stronę teoretycznie bezpieczniejszej Hali Gąsienicowej nie szedł nikt, za to jest mgła. Po chwili myślenia decydujemy się zejść w dół, wyciągamy kompas, określamy azymut i zaczynamy schodzić. Po prawej zostawiamy urwisko nad Grzędami, co tylko nam udowadnia, że dobrze się kierujemy; gdy jesteśmy w okolicach jednego z wypłaszczeń, zza chmur wychodzi słońce. To jest moment, w którym człowiek ucieszył się, że miał raki, bo gdyby nie stał wbity w śnieg, to pewnie by się przewrócil i zjechał. Całe zbocze rozbłysło niesamowitą bielą, szczyty zalśniły w słońcu, można było tylko patrzeć. My – nie mogliśmy – chcieliśmy wykorzystać fragment słońca i dojśc jak najdalej. Po chwili dotarliśmy do wydeptanej przez kogoś ścieżki, prowadzącej pod wyciąg na Hali, uznaliśmy jednak, że nie chcemy podchodzić pod Zawrat; celem będzie Kościelec, a chwilowo – widoczna w dali wydeptana ścieżka doń prowadząca. Ruszyliśmy zatem na rympał po zboczu, skoro zrobiło się jasno, można było trochę się pouczyć: na każdym kursie zimowym jest nauka hamowania upadków czekanem, znaleźliśmy ciekawy artykuł o tym, pozostało tylko zrobić kilka uślizgów, by dowiedzieć się, że po pierwsze nie jest to jakoś trudne, po drugie – hamuje się momentalnie i trzeba pilnowac, żeby czekan nie wyślizgnął się z dłoni, bo pętla nadgarstkowa nie jest w końcu asekuracją.

Tak sobie trochę schodząc, trochę jadąc, zdobywając trochę siniaków zeszliśmy do miejsca, gdzie było w miarę płasko, a tuż obok rozpoczynały się wydeptane ślady. To był dobry moment na to, żeby skorzystac ze słońca i przysiąść, spędzamy sobie kilkanaście minut odpoczywając, robiąc zdjęcia i ciesząc się chwilą. Niestety, trzeba było ruszac dalej, krzepiła myśl, że na szczycie Kościelca czeka na nas jeszcze ładniejszy widok – akurat na szczyt podchodziła dwójka ludzi. Skierowaliśmy się zatem powoli w kierunku Karbu, na Karbie minęliśmy się, machając z kilkunastu metrów, z dwójką, którą widzieliśmy z daleka. Szybka jeszcze przerwa na dole i ruszamy pod górę – i w tym momencie wszystko zasłoniła mgła. Szlag trafił piękny widok ze szczytu!

Samo podejście pod Kościelec na szczęście okazało się nie tak straszne, jak przypuszczaliśmy. Spacer to jednak nie był: miejscami chrupiąc po lodzie, depcząc po śniegu, ze dwa razy wspinając się, uparcie parliśmy pod górę. Nareszcie czekan przydał się w pełnym zakresie, zarówno do asekuracji, jak i jako dodatkowe oparcie przy wspinaczce. Gdy w końcu dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazała się biel mgły. Zabezpieczyliśmy zatem wszystkie swoje manatki i zasiedliśmy na chwilę odpoczynku, słońce jednak nie zamierzało nam się już ukazać, zatem zebraliśmy się i zaczęliśmy schodzić. Zejście było mniej przyjemne niż podejście, trochę było więcej uważania, ale wszystko szło sprawnie, na Karb dotarliśmy szybciej niż wzięty z mapy przeciętny turysta w warunkach letnich. Dalej chcieliśmy schodzić żlebem po zachodniej stronie i tak dotrzeć do Czarnego Stawu.

Od Karbu prowadziła scieżka wzdłuż ściany, stwierdziliśmy zatem, ze to musi być ta. Zeszliśmy nią i ruszyliśmy w mgłę. W pewnym momencie zobaczyłem, jak Hipcia zaczyna osuwać się po zbodzu, hamuje czekanem, który wypada jej z dłoni. Popełniam podstawowy błąd i ruszam jak najszybciej, wskutek czego sam się wywracam i osuwam; zatrzymujemy się jednocześnie. Całe osunięcie to raptem kilka metrów, ale – pierwsze koty za płoty, teraz juz będzie łatwiej. Wracamy na ścieżkę i idziemy dalej: mijamy przełęcz, zaczynamy schodzić po prawej stronie zbocza, wszystko na razie dobrze. Nagle mgła znika i już wiemy, że jesteśmy ciągle po tej samej stronie zbocza, do tego nie schodzimy w kierunku Czarnego Stawu, tylko idziemy prosto na wyciąg na Gąsienicowej – mgła zaczarowała drogę. Zaczyna się ściemniać, a nam się nie chce deptać naokoło, więc postanawiamy na rympał dotrzeć do szlaku do Murowańca. Schodzimy po pięknej wartstwie śniegu, momentami zapadając się po kolano (następnego dnia będą siniaki na goleniach), czekany zamieniliśmy na kije, bo niebezpieczeństwa już nie ma. I własnie na jednej, niewielkiej górce postanawiam zjechać kawałek na kuprze. Natychmiast po starcie dowiaduję się, dlaczego nie wolno hamować rakami i dlaczego nie wolno zjeżdżać po lodzie bez czekana: rak wbija się w lód, stopa zostaje, ja jadę, kolano się wykręca… miałem szczęście, skończyło się tylko na bólu. Dalej robi się coraz ciemniej, do tego wchodzimy w las, widząc tylko zbocze przed nami, trochę posiłkując się kompasem lądujemy na szlaku. Stamtąd już niedaleko do Murowańca. Ściągając raki dyskutujemy z chłopakiem, który widział ekipę, która przed nami podchodziła na Kościelec, a sam poszedł na Giewont i zgubił się dwukrotnie we mgle. W Murowańcu pijemy piwko, obserwując kursy (zimowe, tatrzańskie i lawinowe), które spędzają wieczór na „szkoleniach” – przy wódce i piwie.

Po osuszeniu kufli ruszamy w naszą ulubioną podróż – niebieski szlak do Kuźnic, tyle w nim przyjemnego, że jest cały zaśnieżony. Wtedy jest nawet znośny. Do samochodu docieramy kilkanascie minut przed 22:00.

Dzień trzeci: Nie Zawrat, nie Świnica, a Czerwone Wierchy

Trasa:
Dolina Malej Łąki – [+/-] Wyżnia Kondracka Przełęcz
Wyżnia Kondracka Przełęcz – Giewont – Kondracka Przełęcz
Kondracka Przełęcz – Kondracka Kopa
Kondracka Kopa – Małołączniak – Krzesanica – Ciemniak – Dolina Kościeliska
Ścieżka pod Reglami przez Przysłop Miętusi – Wejście do Doliny Małej Łąki

Rano przywitała nas piękna, słoneczna pogoda. Nie chciało się nawet odchodzić od okna i pakować wszystkiego, pakowanie zresztą było małym problemem, w końcu trzeba było ustalić, dokąd idziemy. Opcje były trzy: Świnica, Zawrat i Czerwone Wierchy. Uznaliśmy, słusznie, jak się okazało, że nie ma co pchać się w okolice Murowańca, skoro słońce wyszło po kilku dniach, tam na pewno będzie autostrada. Postanowiliśmy uderzyć w Czerwone Wierchy od strony Doliny Małej Łąki, szlak tam powinien być spokojniejszy, a miejscami może i nieprzetarty.

Wypakowując się z samochodu widzimy dwóch kolesi z dziabami, którzy najwyraźniej szykują się na wspinaczkę, nie chcą jednak powiedzieć, gdzie idą („O tak idziemy się rozejrzeć.”). Ruszamy: szlak przedeptany i przetarty, jednak słońce świeci i rekompensuje wszystko. Dolina Małej Łąki wygląda kapitalnie – wielka połać śniegu i środkiem prowadząca wydeptana ścieżka, którą za chwilę podążamy i my, po raz pierwszy przydają się nam okulary przeciwsłoneczne, bo biel daje po oczach niemiłosiernie. Na końcu doliny zaczyna się las, a chwilę potem droga pod górę. Po chwili mijamy złożone obozowisko i dwóch chłopaków grzejących wodę, zaraz potem robimy sekundę przerwy na jedzenie i, wzorem gościa, który szedł przed nami, zakładamy raki. Droga jest cały czas stroma i pokryta lodem, stopnie na szczęście są wyraźne. Mapa wyraźnie sugeruje, że idziemy dobrze, zresztą nie da się iść inaczej, zatem tupiemy. Dochodzimy do sporej skały, kolega, który szedł przed nami pyta, czy to już Kondracka Przełęcz ;) Wydeptana ścieżka prowadzi na lewo, ale kilka śladów idzie na prawo. Patrzymy na mapę: z niej wynika nam, że to obie drogi na przełęcz Kondracką, w tym ta po prawej to tylko ścieżka, a skoro tak, to się na nią piszemy: ruszamy pod górę już w trzyosobowym składzie, za chwilę oczom naszym okazuje się szerokie, białe podejście pod górę. Zbocze pokryte lodem. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego wyciągamy czekany, bo wystarczy jedno poślizgnięcie i raki już nic nie pomogą, pozostaje tylko zjazd na dno doliny i liczenie na to, że w nic się mocno nie trafi. Na szczęście bez przygód docieramy na górę, kronika TOPRu przeczytana po wyjeździe wykazała, że z tych okolic, po tych zboczach, kilka osób niestety się ześlizgnęło. Na górze okazuje się, że ścieżka nas oszukała, wyszliśmy bowiem na Wyżnią Kondracką Przełęcz.

Czerwone Wierchy kuszą, ale skoro juz jesteśmy pod Giewontem, to czemu by go nie zdobyć? Zwłaszcza, że kolega też idzie na Wierchy i najwyraźniej nam zaufał, a nie chcemy nikogo ze sobą ciągnąć. Ruszamy pod górę, napotkani ludzie mówią, że podejście przedeptane, sami byli źli, bo dotarli na Szczerbę; ktoś tak wydeptał szlak z Doliny Kondratowej. Przy samym podejściu dochodzi do nas ekipka: chłopak i trzy dziewczyny, on najwyraźniej jest mózgiem operacji i głównym prowodyrem, zresztą ubranie i sprzęt ma bardziej górskie; dziewczyny wyglądają, jakby je ktoś zebrał z Krupówek i po drodze założył raki. Już na wstępie jedna z nich rezygnuje z podejścia, idziemy jako ostatni – chłopak z czekanem idzie pierwszy, za nim po śniegu brodzą dwie wspomniane dziewczyny, cały czas informując społeczeństwo o tym, że nie czują się pewnie, na końcu my, siłą rzeczy jako ekipa stabilizująca i ratująca przed ewentualnym upadkiem.

Pierwszy raz na Giewoncie byliśmy prawie rok temu, przy naszej pierwszej wyprawie w Tatry. Wtedy było to Straszne Podejście, do tego na górze była mgła. Teraz… Teraz w zasadzie nie musieliśmy się męczyć, podejście okazało się w sumie śmieszne, a widok… przy tej pogodzie widok zachwycał. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, olewając widok Zakopanego i skupiając się na szczytach; co to my, miasta nie widzieliśmy? Niestety, jak się chce leźć dalej, to trzeba schodzić. Dziewczynki z kolegą zeszły już wcześniej, tuż za nami schodzi inny facet, którego, mimo że nie szliśmy szybko, na tym krótkim odcinku odstawiamy na kilkadziesiąt metrów.

Wierchy czekają: czekany zamieniamy na kije i idziemy pod górę. Podejście na Kopę Kondracką daje nam w kość: zapomnieliśmy, że jest tak żmudne i zawiera w sobie pułapkę – niby to już szczyt… ale nie, jednak nie. W końcu docieramy na górę, gdzie wita się z nami wiatr. Chroniąc się za nawiewami na słupku granicznym zakładamy kurtki, ubieramy się ciepło, szybko coś jemy i lecimy dalej, czas goni. Podejście na Małołączniak jest z tej strony bardziej strome, tą drogą jeszcze nigdy nie szliśmy. Na szczęście zbyt wielu osób nie spotykamy, możemy cieszyć się pięknem śniegowej pustyni: całe Wierchy pokryte sa niewielkimi igiełkami, które mienią się w słońcu wszystkimi kolorami tęczy. W zasadzie o całym paśmie Czerwonych Wierchów można powiedzieć to samo: szliśmy przed siebie i patrzyliśmy na widoki. Zmieniało się tylko to, czy szliśmy pod górę, czy z góry. Na Małołączniaku rezygnujemy z zejścia do Doliny Małej Łąki, raz, że mamy jeszcze czas, dwa, nie wiemy, czy zejście żlebem będzie tam bezpieczne. Zresztą, słońce świeci, droga prosta, nawet przy pogorszeniu się pogody damy radę wrócić. Lecimy dalej: Na Krzesanicy okazuje się, że z czasem jesteśmy do przodu, więc robimy dłuższy postój. Tuż obok szczytu pojawia się jaskinia pod lodem, ślady wskazują na to, że ktoś tam wcześniej wpadł. Napotkani narciarze informują nas, że z Ciemniaka szlak pięknie wydeptany, więc nie czekamy już, na Ciemniaku tylko chwilę patrzymy dookoła i ruszamy – czas odwiedzić nieznany szlak – czerwony do doliny Kościeliska.

Przyjemna początkowo ścieżka zaczyna przypominać zbiegowisko tysiąca jeleni. Wytyczonych jest jednocześnie kilka alternatywnych zejść i zjazdów, zbocze przestaje być już ładne. Po chwili zaczyna się ściemniać, Hipcia jednak uprzedza fakt i mówi „zdejmij okulary”. I znowu jest jasno! Po dłuższym spacerze schodzimy na poziom lasu, tu już pozostaje tylko nudne deptanie przed siebie, nie dziwi nas, że ludzie odradzają podchodzenie tym szlakiem, nie dość, że nudny, to cały czas jednostajnie pod górę. W końcu dochodzimy do ścieżki pod Reglami i z sobie tylko znanego powodu nie idziemy doliną Kościeliska i drogą pod Reglami, tylko próbujemy dojść przez Przysłop Miętusi. Koniec końców udaje się dotrzeć na parking, już przy świetle księżyca, ale dodaliśmy sobie ładne dwadzieścia minut do trzynastu godzin spaceru.

Dzień czwarty: wypoczynkowo na Nosalu

Trasa:
Jaszczurówka – Nosalowa Przełęcz
Nosalowa Przełęcz – Nosal – Kuźnice

Przede mną kilka godzin jazdy, więc tradycyjnie trzeba było poszukać jakiejś przyjemnej, krótkiej trasy. Padło na Nosal, którego Hipcia odmawiała mi konsekwentnie i uparcie; zimą, w końcu się zgodziła. Zaatakowaliśmy zielonym, od wschodniej strony, żeby nie przedeptywać po raz kolejny ścieżki do Kuźnic. Przyjemny spacer, prosto pod górę kończył się rozwidleniem szlaków – żółty biegł na Nosalową Przełęcz, tam skręciliśmy i po kilkunastu metrach zalegliśmy na śniegu, by prawie juz ostatni raz nacieszyć się bielą. Dalej droga prowadzi przez las, pod górę, już wiemy, że w dół przydadzą się raki. Do szczytu docieramy na raty, co chwilę przystając i obserwując widok. Na górze siadamy z mapą i identyfikujemy szczyty, które migoczą w słońcu. Za naszymi plecami szóstka rozwrzeszczanych licealistów robi sobie zdjęcia na tle gór. W końcu znikają i robi się cicho. Po chwili i my postanawiamy zejść, pierwszym planem jest, by zjechac na tyłku: specjalnie po to wzięliśmy reklamówki. W ręce czekan, pod kuprem reklamówka i kilkadziesiąt metrów przerabiamy w wersji „trochę zjazdu – trochę spaceru”. Na dłuższą metę okazuje się to nieefektywne, czekan wraca na plecy, a na nogi wchodzą raki, w dobrym momencie, bo już po chwili mijamy schody całkowicie pokryte lodem. Mijani przez nas ludzie idą od drzewa do drzewa, a my, bardzo nieelegancko: chrup! chrup! lecimy sobie środkiem. Na samym dole, już, gdy robi się płasko, zaraz po zdjęciu raków, zaliczam koncertową glebę, do asfaltu juz idziemy bardzo ostrożnie. Potem pozostało tylko dotrzeć do samochodu, zjeść tradycyjną pizzę i wsiąść do auta. Trafiamy na korek, więc zgodnie z poleceniami z CB, objeżdżamy go przez Czarny Dunajec, Chabówkę, Mszanę… nie wiem, czy wyszliśmy szybciej, zwłaszcza, że po drodze łaziło sporo osób, jak to na wsi – ubranych maskująco. Koniec końców przez Wieliczkę dotarliśmy do Krakowa, a stamtąd już prosta droga do domu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>