Mokra majówka na Jurze

Wstęp

Plan był jak zawsze idealny: przed wyjazdem do Norwegii skoczyć sobie na pięć dni na Jurę, żeby oswoić się ze skałą po dziesięciu miesiącach wspinania się tylko na ścianie i zrobić sobie grunt przed kilkoma wyjazdami na skały poprzedzającymi planowany na sierpień kurs taternicki. Na pierwsze dni planowane było wspinanie sportowe, w miarę możliwości testujące nasze umiejętności na sporo trudniejszych drogach, niż prowadzone dotąd w skałach, tudzież wędkowanie na takowych; dzień trzeci i czwarty miały pokrywać wspinanie na własnej i wielowyciągówki na Sokolicy. Ostatni dzień miał być odpoczynkowym, przeznaczonym na rekreacyjne wspinanie tuż przed powrotem do cywilizacji. Jak wyszło?

Dzień pierwszy, czyli oswajając się ze skałą

W odróżnieniu od ostatnich wyjazdów, budzik nastawiliśmy na trzecią rano. Warszawę opuściliśmy około czwartej i w okolicach ósmej, bez żadnych drzemek po drodze, zajeżdżaliśmy pod Brandysówkę. Świeżo zmoczoną porannym deszczem Brandysówkę. Zajechaliśmy na „naszą” miejscówkę, rozłożyliśmy namiot, posmęciliśmy chwilę i (mimo moich oporów przed śpieszeniem się, bo mogło być jeszcze mokro) ruszamy na skały.

Na Witkowych (znamy je najlepiej, więc są idealne na początek) parkuje już kilka samochodów, na miejscu zastajemy kilka działająch ekip, w tym róznież kursy, więc najłatwiejsze drogi są zajęte. Na szczęście zwalnia się Filarek Grzybiarzy (IV+) na Muminku i tam się instalujemy. Z tego całego pośpiechu (trzeba było się oszpeić zanim się droga zajmie), zapominamy zupełnie o rozgrzewce. Droga idzie tak, jak się spodziewałem: powoli, spokojnie, z jednym blokiem.

Dalej było już lepiej: Wielka Paszcza idzie tak, jak mogła iść droga trójkowa, dalej rozstawiamy się pod Mistrzami Paździerza (V), którzy znikają bardzo szybko (Hipcia, która tyle sie tam nastękała rok temu, tym razem idzie jak burza); wieszamy sobie tam wędkę i chodzimy po Polowaniu na Czerwony Paździerzyk (VI). Zrobiliśmy oboje, próbowałem nawet prowadzić, ale w cruxie brakło mi mocy (i nauczenia się patentu). Zjechałem i przemieściliśmy się pod Sokolik, gdzie kilka razy przeszlismy Kroczek do Zguby (V+); za pierwszym razem prowadziłem, ale zmyliłem drogę i obszedłem trudności dookoła (dopiero instruktor, który był tam obok, powiedział mi o tym); poprowadziłem całość potem jeszcze raz, porządnie; trudności, moim zdaniem, zostały poniżej; samo wyjście do stanu było proste.

Dalej w kolejce czekała Ruda i Rude jest Piękne (V), które poleglo w pierwszej próbie (mimo że pomyliłem start, wystartowałem trudniejszą drogą i musiałem trawersować); Hipcia przeszła dla spokoju TR, ale bez żadnych problemów.

Zaczęło robić się trochę późno, więc zasugerowałem kończenie zabawy, żeby oszczędzić ręce na kolejne dni (mieliśmy plan zaplastrować całkowicie Hipciowe ręce, bo strasznie je przekatowala na ostrych krawędziach); na koniec zrobiliśmy sobie zespołowo Kaczkę z Jabłkami (III+); gdzie ostatecznie stwierdziłem, że drogi poniżej IV nie nadają się nawet na rekreacyjne, wygaszające wspinanie; ani w tym nie ma trudności, ani to niczego nie uczy… To chyba dobrze.

Wniosek z pierwszego dnia: treningi jednak dały dużo, spokój na skale wzrósł, nie ma strachu przed odpadnięciem (takiego, jak był w zeszłym roku). Szkoda tylko, że nie wzięliśmy się za coś trudniejszego, w okolicy VI.1, bo na tej trudności moglibyśmy faktycznie sprawdzić, jak wygląda nasz poziom.

Wieczór spędziliśmy pijąc piwko w brandysowym pubie i, w nocy, robiąc grilla.

Dzień drugi: stuk, stuk, stuk…

Stuk, stuk, stuk, stuk… to dźwięk, który zbudził nas rano. Deszcz sugerował, że wspinania za dużo nie będzie. Burza, przechodząca w okolicy i bijąca całkiem niedaleko, też nie sugerowała, że będzie sucho. Pierwsza i najtrudniejsza rzecz poranka, to wyrwać się z ciepłego śpiwora i dobiec do auta, zabrać kurtki. Nie przestawało padać, więc po zjedzonym w samochodzie śniadaniu postanowiliśmy wybrać się do Ojcowskiego Parku Narodowego, przejść się i przeczekać deszcz.

Najpierw zajechaliśmy pod Pieskową Skałę, zobaczyć Maczugę Herkulesa; nie było nigdzie parkingów, więc zawróciliśmy i robiąc jedno zdjęcie z samochodu, zajechaliśmy do Ojcowa; tam informacja o zapchanym parkingu pchnęła nas na Złotą Górę. Zaparkowaliśmy i poszliśmy w las: najpierw zielonym, potem zółtym szlakiem przez dolinę. W międzyczasie zaczęło padać, więc narzekając na brak wspinania założyliśmy kurtki. Po krótkim spacerze doliną wyszliśmy na asfalt w okolicach cywilizacji, stamtąd dalej zielonym szlakiem dotarliśmy pod Bramę Krakowską i odbiliśmy wreszcie z dużej drogi. Cienka nitka asfaltu prowadziła prosto między łąkami i pojedynczymi zabudowaniami; dolina, otoczona majestatycznymi skałami, wyglądała bardzo przyjemnie i zapraszała do rowerowej przejażdżki. Rowerów nie mielismy, pozostawało tupać… aż do miejsca, gdzie szlak odbijał w lewo, wrzynając się w zbocze góry. Deszcz padał, droga prowadziła stromo pod górę… mogło być tylko gorąco, standardowo, po chwili, nie wiedziałem, czy bardziej mokre włosy będę miał siedząc w kapturze, czy bez niego. Na szczęście droga skończyła się na szczycie i dalej było raczej płasko, minęliśmy miejsce, gdzie kiedyś było stare grodzisko, kilka stacji ścieżki edukacyjnej i schodząc już z powrotem do doliny, zaglądnęliśmy do wejścia do Jaskini Ciemnej.

Doliną już bez większych przygód dotupaliśmy pod ojcowski parking, stamtąd poszliśmy prosto, asfaltem, na parking. Zapakowaliśmy się do auta i wróciliśmy do obozowiska. Ze wspinania były nici, zresztą padało coraz bardziej; posiedzieliśmy chwilę w namiocie i postanowiliśmy się przejść… ze spaceru niewiele wyszło, bo zapadł zmrok, zaczęło lać, a burza zbliżała się coraz bardziej… zresztą, trzeba powiedzieć to wprost: nie byliśmy przygotowani na spacery w deszczu. Dżinsy + stare buty do trekkingu zapewniały pełną izolację przed woda, pod warunkiem, że akurat nie pada. Wróciliśmy więc do namiotu, zasiedliśmy pod Brandysówką i pochłonęliśmy zupki chińskie.

Kładliśmy się spać z myślą, że jutro będzie lepiej.

Dzień trzeci: wspinanie było, ale…

Rano – mokro. Deszcz nie pada, trochę kropi, słońce zaczyna przezierać zza chmur, więc wskakujemy w auto i jesteśmy na Słonecznych. Na rozgrzewkę – czwórka z plusem. Wychodzę trochę… i z drugiego ringa zjeżdżam, jednak wyślizgane stopnie są za śliskie, żeby sięgnąć do wygodnej klamy… Pakujemy się na pobliską trójkę, dla której nie ma znaczenia, czy jest mokra, po czym szukamy dogodnych miejsc, zagłębiamy się między skały i koniec końców (bo wszystko zajęte), montujemy się pod Shrekiem (V). Nie bez strachu dochodzę do pierwszej wpinki (jeden ze stopni, mały, śliski, a ja bez skorupki ratującej czachę przed zaryciem czołem w skałę). Na pierwszej wpince kończy się zabawa: chwyty są, droga jest prosta, tylko, cholera, wszystko mokre. Zużyłem sporo magnezji, dosuszyłem trochę skałę, ale mokra ściana nie chciała wspólpracować, do tego, żeby z wiszenia na linie przejść do pionu, trzeba było mi dobrego stopnia… który akurat był mokry. Nadchodzące z zachodu pomruki w końcu spełniły swoją powinność: lunęło. Zaczęło padać, gdy już przewiązywałem się do zjazdu z ringa; akurat wtedy zablokował mi się ekspres pod liną. Zasłanianie liny i pakowanie wszystkiego, ubiegło nam w ulewnym deszczu.

Kurtki, oczywiście, zostały w samochodzie, więc moknąc ruszyliśmy w kierunku parkingu (na co nam chować się pod skałami, skoro i tak zmokniemy?). W samochodzie ubraliśmy się i wróciliśmy pod skały, zlokalizować jeszcze inne drogi. Trochę inaczej widzimy skałę; w przypadku, na przykład, drogi VI.5+, na początku widzimy nagą skałę, ale po chwili udaje się rozszyfrować zagadkę i zobaczyć, którędy trzeba iść. W porównaniu z drogami w naszym zasięgu, te trudne mają jeden zasadniczy plus: ciężko iść inaczej, niż chciał autor, bo nie ma nadmiaru chwytów i stopni. W tych na naszym poziomie zwykle jest kilka do wyboru… Do auta chcieliśmy wrócić inną drogą, tak, jak inna ekipa, którą widzieliśmy z daleka, ale wybraliśmy jedną za wcześnie i szliśmy tuż przy płocie, po kałużach. W końcu jednak dotarliśmy i wróciliśmy do namiotu.

Mimo że w międzyczasie przestało padać, to pognoza pogody nie sugerowała, że uda się nam jeszcze powspinać, więc przebrawszy się do spaceru, ruszyliśmy na piechotę z Będkowskiej, szlakiem przez las w kierunku Szklar. Nie uszliśmy stu metrów, a już trzeba było założyć z powrotem kurtki. Hipcia zastanawiała się, czy na pewno ma sens iść w taki deszcz, ale w końcu nie mieliśmy wielkiego wyboru. Obadawszy z daleka Brandysową (skała) zagłębiliśmy się w las. Po przyjemnym spacerze wyszliśmy na asfalt, gdzie przegapiliśmy odbicie czarnego szlaku i zostaliśmy na rowerowym, niebieskim. Przegapiliśmy, bo zamiast patrzeć na znaki, szliśmy sobie wesoło rozmawiając, aż w końcu wymieniliśmy stanardowe „Ty, my jesteśmy jeszcze na szlaku?” – „Nie wiem”, a po chwili dotarliśmy do Łazów, skracając nieco naszą wycieczkę.

W Łazach odbiliśmy na Będkowską i tak dotarliśmy do namiotu. Po drodze zatankowaliśmy sobie grzańce w Brandysówce i podziwialiśmy fantazję faceta, który próbował wjechać camperem na pole namiotowe (mostek jest bardzo wąski). Wjechać wjechał i od razu się zakopał. Pomogli mu ludzie z pobliskiego stolika… przesunąć się kawałek, z drogi wyjazdowej.

Zmrok zapadał, więc zaczęliśmy szykować grilla, z którego zadowolona była Hipcia, bo siedziała sobie w namiocie, a ja kursowałem obsługując całość. Negatywnie zaskoczyli nas rozbici w pobliżu Czesi, którzy zostawili na wietrze po prostu rozpalone (nie tlące się, tylko jeszcze rozpalone) ognisko i poszli spać. Na szczęście gdy my się zbieraliśmy, ognisko już samo dogasało…

Dzień czwarty: zdecydowane kroki

Rano niby sucho, ale nadal mży. Rozmawiamy o powrocie do Warszawy, bo kolejny dzień, z nadzieją, że coś się uda zrobić w niedzielę, będzie marnowaniem czasu. W końcu zapada decyzja: jedziemy jeszcze zobaczyć Słoneczne. Po drodze poratowałem jeszcze kablami do akumulatora kolegę z namiotu obok (rzadko kto wozi kable, a jednak drugi raz już się przydały). Wyjechaliśmy po rozkopanej drodze (każdy dzień padania i każdy przejazd, to rozkopanie wyjazdu dla kolejnych); mi udało się wyjechać, nie wszyscy mieli takie szczęście. Pominę już campera, którego wyciągał właściciel ciągnikiem.

Słoneczne oczywiście mokre. Krótki spacer ujawnił trzy działające w śliskim wapieniu ekipy, nie mamy jednak ani znajomości, ani wystarczająco mocy, by brać się za tak mokrą skałę; drogi na naszym poziomie były mokre, te w okolicy VI.1+ i trudniejsze – może już powoli wyschły, w końcu dziurki szybciej wysychają niż duże zagłębienia. Wróciliśmy do auta, zostawiliśmy je na parkingu i na dwa kursy zabraliśmy namiot i resztę rzeczy. Na koniec jeszcze olbrzymia porcja żarcia w barze w Brandysówce i ruszyliśmy do Warszawy.

Oczywiście, gdy tylko odjechaliśmy w okolice OPNu, zza chmur wyjrzało słońce. Decyzja została podjęta, jeden promyk suchych skał nie czyni, a było ryzyko, że będzie padało i wieczorem, i w niedzielę. Plus był taki, że drogę z Krakowa do Warszawy pierwszy raz pokonywaliśmy w dzień. W domu byliśmy o 22:00 i z miejsca przekształciliśmy mieszkanie w suszarnię szpeju. Nawet te rzeczy, które wydawały się suche, w naprawdę suchym mieszkaniu okazały się wilgotne. Najgorzej na tym wyszły taśmy przy heksach i tricamach; nigdy nie używane, a już zmokły.

Dzień piąty: stacjonarne wspinanie

W domu Hipcia złapała trochę słońca i wybraliśmy się na Obozową. Zorientowaliśmy się dość późno, że jest czynna do 15:00, więc mieliśmy przed sobą tylko trzy godziny wspinania. Na BW poległem z kretesem (nie zauważyłem jednego chwytu), a poza tym udało mi się poprowadzić jedną VI (OS). Hipcia jest cykor i nie chce prowadzić, a tę samą szóstkę przeszła i na wędkę i na wędkę z wypinaniem ekspresów. Dobrze, że udało mi się ją namówić do wstawienia się w inną szóstkę, którą poprowadziła – blokując się – ale jednak. Na wędkę udało się nam obojgu zrobić jedną VI.1+ (z blokami, ale jest coraz lepiej).

Na wieczór posnuliśmy sobie plany wyjazdowe, pogrzebałem trochę przy rowerze i majówka się skończyła.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ścianka, Skałki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>