Świętujemy urodziny. 15-18 grudnia

Wstęp

Plan, żeby w urodziny Hipci wyjść na Rysy i poświętować, chodził za nami jako luźna opcja od miesiąca (w zasadzie od poprzedniej wycieczki). Tym bardziej byliśmy zdziwieni, że udało się i załatwić urlop, i pojechać. W czwartek wróciłem z pracy i od razu poszedłem spać; miałem wstać o północy i ruszać. Wstałem, ale jakoś się tak grzebaliśmy, że w aucie byliśmy dopiero 1:30. Trasa przebiegła spokojnie, do Krakowa przejechałem bez zmęczenia, tam na Orlenie przy Zakopiance (tradycyjne miejsce postoju) z braku hot dogów kupuję zapiekanki. Błąd. Miękkie ciasto przykleiło się do żołądka, męczyłem się z tym całą drogę. Po drodze łapię jeszcze dokładnie pięć minut snu i dojeżdżam do Zakopanego.

Czwartek: na luzie, ale nie do końca.

Trasa:
Kasprowy Wierch – Kopa Kondracka
Kopa Kondracka – Kondratowa Przełęcz
Kondratowa Przełęcz – Hala Kondratowa – Kuźnice

Na pierwszy dzień, zgodnie z ustaleniem już od poprzedniej wyprawy, bierzemy coś spokojnego, na rozejście i nasmarowanie stawów. Rozpoczynamy marszem w kierunku stacji PKL, znowu chcemy sobie uprościć robotę wjeżdżając na górę, by oszczędzac siły na kolejny dzień. Na górze okazuje się, że godzina jest średnia, a szlakiem na Kondracką jeszcze nikt przed nami nie szedł. Zakładaliśmy, że będzie on chociaż trochę przetarty, ale śnieg nie wygląda na straszny, a trasa ta jest akurat spokojna, spod śniegu widoczny jest obrys szlaku, miejscami wykorzystywały to kozice, więc szukanie szlaku jest uproszczone; pozostaje nam się tylko przekopywać przez śnieg. Idę pierwszy, torując drogę, śnieg w większości po pół łydki, ale są fragmenty, gdzie trzeba przebijać się głębiej; są też miejsca, gdzie można się obsunąć po oblodzonej pokrywie, ale wystarczy uważać; szału nie ma, ale zmęczenie powoli daje się we znaki.

Dokopawszy się na Kopę robimy chwilę odpoczynku w wietrze, który znienacka się odzywa. Szlak prowadzi dalej w dół, na szczęście żeby trafić na Kondratową Przełęcz nie trzeba większych wskazówek. Gdzieś w okolicach zejścia zaczyna powoli zmierzchać, ale śniegu jest dosyć i cały czas jest jasno. Zejście z przełęczy też jest przyjemne, cały czas po śniegu, nawet nie zakładamy raków, idziemy spokojnie, zbytnio się nie spiesząc: bo i po co – śnieg wygodny, niemalże „spacerowy”, a trasa naprawdę przyjemna.

Mijamy Schronisko na Hali Kondratowej i napotykamy nieprzyjemną rzecz: im niżej, tym bardziej niebezpiecznie. Cała droga pokryta jest lodem, chwilę się z nim męczymy, ale w końcu dajemy sobie spokój i zakładamy raki. Idziemy powoli i cierpliwie, gdzieś tam robi się już „normalnie”, więc zdejmujemy raki… niepotrzebnie. Ponieważ już widać światła Kuźnic, marnujemy się schodząc bez ponownego zakładania raków… co wyszłoby oczywiście szybciej nawet wliczając czas założenia i zdjęcia.

Z Kuźnic pozostaje tylko nudny spacer w dół do samochodu, który cierpliwie czeka. W domu, po całej drodze z Warszawy i całym spacerze, padam na twarz. Bo następnego dnia…

Piątek: Sto lat!, czyli urodziny pod Rysami.

Trasa:
Palenica Białczańska – Morskie Oko – Rysy – Morskie Oko – Palenica Białczańska

Plan był twardy: wstać o trzeciej rano i się zbierać. Teoretycznie – misja niemożliwa do realizacji, w praktyce, ponieważ dnia poprzedniego zasnąłem jeszcze przed 22:00, wykonalny. O trzeciej budzę się… normalnie. Zdziwiony tym wszystkim schodzę na dół, pomagam pakować wszystko, jem sniadanie. Pozostaje sprawdzenie strony TOPRu, stopień zagrożenia lawinowego obniżony do jedynki; pogoda sprzyjająca naszym planom: po południu wiatr ma się rozpędzać, wieczorem dmuchać na całego – czyli niewiele inaczej, niż ustaliliśmy jeszcze w środę.

Pora do samochodu. Przelatujemy przez nocne Zakopane, wyskakujemy na drogę na Łysą Polanę… Oj, jaka ona była nudna. Niemal od razu zdjął mnie śpioch, dobrze, że dotrwałem do samego końca. Parkujemy samochód na dole (chociaż korciło, żeby sobie podjechać pod Morskie Oko) i ruszamy.

Szlak do Morskiego Oka jakoś szczególnie nie zmienił się od ostatniego razu. Nadal nudny, nadal nieprzyjemny, teraz jeszcze dodatkowo oblodzony. Sytuację ratował zmrok: momentami szlismy przy świetle czołówek, niekiedy je gasiliśmy, bo księżyc dawał wystarczająco światła. Tuż powyżej ostatnich schodów przecinających jezdnię zaczyna się śnieg – i już się nie kończy. W miarę naszego zbliżania się do schroniska, zaczyna powoli świtać, gdy lądujemy przy Morskim Oku jest już jasno. Wchodzę jeszcze na chwilę do środka, pytam napotkanego w kuchni faceta o warunki na Rysach – potwierdza nasze przypuszczenia: śnieg leży, podchodzić Rysą, na górze dmucha, odczuwalna 22-27 na minusie.

Niemal z miejsca zakładamy raki, bo szlak od samego początku jest silnie oblodzony, jak ktoś ma pecha, to może się od razu na pierwszych schodach wyłożyć. Zamarznięta tafla wygląda kusząco, ale napotkani ludzie odradzają nam próby przemknięcia tamtędy, idziemy zatem dookoła. Robi się ranek, góry topią się w blasku wschodzącego słońca, a my maszerujemy w górę. Jeszcze tylko dhwila przerwy przy Czarnym Stawie pod Rysami na kilka fotek i – czas dalej. Cały czas ścieżka jest widoczna, ślady trójki lub czwórki ludzi są wyraźne i widoczne z daleka, zatem spokojnieto, co widziałem, jest niby podobne, ale miałem obawy, że gdy wyjdziemy na górę, to będzie tam czekał dalszy ciąg wyprawy. Na razie jednak skupiamy się tylko na podejściu: śnieg jest ładny, nogi wbijają się porządnie, idzie się jak po schodach, męcząco, ale spokojnie. Przy samym podejściu na Rysę zastanawiamy się chwilę, czy droga prowadzi na pewno tędy, ale wszystkie znaki na niebie, ziemi i wspomnienia sprzed miesiąca wskazują, że jesteśmy we właściwym miejscu.

No to w górę! Nad sobą widzimy brzeg wierzchołka, znad ktorego wiatr wydmuchuje śnieg, tworząc nad nami biały dywan wysoko w górze. Robi się powoli coraz bardziej stromo, śnieg z wierzchołków spada na nas, wiatr powoli nabiera mocy, po zboczu zaczynają zsuwać się malutkie lawinki nawianego śniegu, przypominające pełzające meduzopodobne stworki: piękne, ale trwożące, gdy sobie wyobrazić taką samą, tylko dziesięć razy większą: na szczęście śniegu jesteśmy pewni, nawet przy naszym niewielkim zimowym doświadczeniu widzimy, że śnieg jest ładnie związany, na górze tylko nasypuje się na bieżąco cienka warstwa puchu, która również na bieżąco się zsuwa. Jedyny problem to momentalnie zasypywane nogi po każdym kroku. W końcu piękne podejście zika, na środku żlebu wyrasta skała, obchodzimy ją z lewej strony; cholera, nie jest to dobre rozwiązanie, zdobywamy kolejne szlify z zakresu wspinaczki w rakachj. Jeszcze tylko ostatnia, mocna stromizna, wychodzimy i… ziu! Jak nie dmuchnie!

Podchodzimy jeszcze kawałeczek, schowani za pierwszą skałą dającą jako taką osłonę, ubieramy dodatkowe rękawiczki, zakładamy kominiarki. Idziemy dalej. Hipcia idzie jako pierwsza, ja jeszcze pakuję plecak. Nagle, wśród wiatru, słyszę okrzyk… i nadal wiatr. Krzyczę – tylko wiatr. Wstaję, krzyczę – dalej wiatr. Ruszam w kierunku łańcucha, wiatr akurat się ucisza, krzyczę po raz trzeci – jest odzew, wszystko w porządku. Co się okazało? Hipcia z radości, że jednak już jesteśmy na Rysach, zakrzyknęła sobie „jupi!”.

Przeczytasz to, wiem, więc powtarzam: następnym razem po takim numerze, osobiście zrzucę Cię ze skały. Trąbo.

Wychodzę na pierwsze skały, które już nie wymagają łańcucha i zgodnie stwierdzamy, że nie ma co zdobywać samego wierzchołka. Przy wietrze, jak zapowiadała pogodynka, pod 100km/h, nie ma co ryzykować, że na którejś półce nas zdmuchnie lub przewróci. Zwijamy imprezę, komisyjnie uznajemy Rysy za zaliczone i złazimy na dół.

Jak wszędzie: w górę łatwiej wyjśc niż zejść. Zaczynamy zatem powoli schodzić po śniegu. Wiatr coraz bardziej się rozpędza, zaczyna już coraz bardziej przeszkadzać. Korzystam z dwóch złożonych kijków trekkingowych, Hipcia dostaje do reki czekan (bo w końcu trzeba go kiedyś użyć); tak sobie myślę, że fajnie by było kupić i drugi. Schodzimy do skały, przy której wcześniej poszliśmy od lewej, teraz bierzemy ją od prawej. Robi się wąska rynienka, na samym końcu – dwa metry pionowej skałki. Pierwsza opcja – można skoczyć, teoretycznie bezpiecznie, ale to jako ostateczna ostateczność. Zdrapujemy się powolutku, od tego miejsca już mamy śnieg aż do samego Czarnego Stawu, byłoby pięknie, gdyby nie wiatr, który na bieżąco przypomina nam, że poranek dla dzieci się skończył, teraz czas na wyścigi dla dorosłych.

Najpierw schodzimy, twarzą do zbocza, po co jednak schodzić, jak można jechać? Zjeżdżamy fragmentami, nadal twarzą do zbocza, póki nie robi się w miarę płasko. Niżej chowamy się za sporym głazem i rozpoczynamy świętowanie: bo jak to urodziny bez szampana? Miało to być co prawda na szczycie, ale tam byłoby to tylko symbolicznie, jeśli w ogóle, a tutaj mamy czas. Z plecaka wychodzi szampan i… sushi. Chcieliśmy wziąć też jakieś danie: ciasta się rozpadną, każde inne będzie zimne i niesmaczne, a sushi akurat smakuje dokładnie tak, jak powinno, poza tym sushi to najgłupsze, co byliśmy w stanie wykombinować, jako urodzinowe danie. Gdyby to cholerstwo było tańsze, można by je brać w każdą podróż. Hipcia wyciąga urodzinowe czapeczki (fason trzeba trzymać) i tak sobie pijemy szampana, jedząc surową rybę. Wiatr dmucha, śnieg dookoła, ludzi w ogóle nie ma… Idealnie. Chyba najlepsza impreza urodzinowa nie byłaby lepszym prezentem.

Czas jednak goni, przystanek trwał tylko chwilę, pakujemy wszystko i zmykamy. Zrobiło się łagodniej, więc początkowo schodzimy tyłem do zbocza, a na samym końcu zjeżdżamy na kuprach. Przy zakręcie, gdy Czarny Staw robi się już widoczny, wiatr kończy żarty. Schodzenie staje się uciążliwe – wieje pod górkę i sypie śniegiem w oczy, momentami jest więcej stania z zamkniętymi oczami niż schodzenia. W tych warunkach obchodzimy cały staw, poprzednia wydeptana ścieżka jest już niewidoczna, dobrze, że wiatr wywiał śnieg i widać z grubsza szlak. Tuż przy zejściu w kierunku Morskiego Oka wiatr pokazuje jeszcze, co może, omal nas nie przewracając, schodząc niżej mamy coraz więcej spokoju. W końcu osiągamy Morskie Oko, gdzie, zgodnie z planem, mamy zalec na chwilę odpoczynku przed pasjonującym Marszem W Dół Po Asfalcie w kierunku samochodu.

Wewnątrz schroniska pustawo. Zalegamy na ławie i zamawiamy, jak się okazało, najgorszego grzańca, jakiego do tej pory piliśmy: po prostu ciepłe piwo z sokiem. Siedząc przysłuchujemy się jednej z grupek, która ochoczo zajmuje się opróżnianiem puszek ze znajdującego się wewnątrz piwa. Rozmawiają typowo, jak Prawdziwi Taternicy, tematem jest: co kiedyś mi się zdarzyło, gdzie to ja nie byłem i w jakie warunki się nie wpakowałem. Jako Prawdziwi Taternicy, oczywiście, nawet nie sprawdzili pogody przed wyjściem (pogodę sprawdzają tylko leszcze), ze zdziwieniem dowiadują się od obsługi, że wiać ma coraz mocniej i przez całą noc. A, jak się okazuje, mają nocleg w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów. Tematy rozmów powoli się rozwijają, ale nadal siedzimy w tematyce „co to mi się nie”. Zatem, dowiadujemy się, że jeden z nich ma cofnięte prawko za jazdę z ponad dwoma promilami, poznajemy szczegóły wypadków, w których uczestniczyli; w międzyczasie pojawia się kolejny turysta, z którym rozpoczyna się Prawdziwa Rozmowa na temat sprzętu, z naciskiem na czekany. Gdy wychodziliśmy, jeden z nich właśnie chwiejnym krokiem zmierzając w kierunku lady zakrzyknął „Pani dddaaaa jeszszsze jednego Stronga!”. Nie spieszyło im się.

Zakładamy raki bo słusznie przypuszczamy, że tak będzie szybciej i idziemy w dół. Nudę rozbija na szczęście wiejący wiatr, i skrzyp drzew; miejscami widzimy te z nich, które miały pecha się przewrócić; droga upstrzona jest połamanymi gałęziami. Samochód na szczęście bez szwanku, bałem się, że coś na niego spadnie, pakujemy się i ruszamy. Po drodze – niespodzianka: drogę do Zakopanego zawaliły dwa drzewa; wrócić musimy przez Poronin. Ruszamy naokoło, dojeżdżamy w końcu do domu, przez drogę również równo zasłaną porwanymi gałązkami, w domu kolejna niespodzianka: całe północne Kościelisko odcięte jest od prądu, a jako że dom jest cały na prąd, nie mamy: ogrzewania, czajnika, kuchenki, nawet woda z kranu nie leci (pewnie pompa w piwnicy też była na prąd). Palimy świece i próbujemy jakoś zorganizować sytuację, w trakcie kąpieli za pomocą chusteczek nawilżanych wraca prąd, na szczęście zmarnowaliśmy niedużo czasu. A potem już szampan i świętowanie.

Sobota: miało być mocniej, zrobiło się później, a wyszło jak zawsze

Trasa:
Parking opodal Siwej Polany – Dolina Chochołowska
Dolina Chochołowska – Trzydniowiański Wierch – Dolina Chochołowska
Dolina Chochołowska – Parking opodal Siwej Polany

Świętowanie dnia poprzedniego jakoś nie potrwało długo, szybko zalegliśmy w łóżkach, ale pobudka była daleka od ideału. Budzenie zostało rozpoczęte o siódmej, o ósmej zwlokłem się z łóżka, pakowanie się też jakoś sprawnie nie szło, koniec końców na parkingu przy zielonym szlaku w kierunku Siwej Polany byliśmy tuż przed jedenastą.

Planowanie poprzedniego dnia zakładało, że odbijamy w czarny szlak na Siwą Przełęcz, stamtąd czerwonym lecimy przez Starobociański Wierch w kierunku Kończystego i tu zapewne schodzimy w kierunku Trzydniowiańskiego. Lądując na parkingu ja już wiem, że tak uroczo nie będzie, postanawiam, że Hipcia się o tym dowie później. Na razie startujemy w zimowy las, tupiąc sobie radośnie w śniegu. Zaraz niestety radość się kończy, a zaczyna się pasjonujący kawałek asfaltu. I chyba znajdujemy sposób na te wszystkie nudne szlaki: wystarczy iść w zimie, asfalt przykryty nieco śniegiem, wokół biało, od razu chce się iść.

Docieramy do rozstaju szlaków i tam komunikuję przykrą wiadomość: dojść, to możemy co najwyżej na Trzydniowiański. Maszerując na Starobociański szczyt będziemy zdobywać już po zmierzchu. Po całej serii wymienionych uwag (w tym i tych o moim ślamazarnym wstawaniu rano), ruszamy w kierunku czerwonego szlaku.

Czerwony wita nas świeżym, nierozdeptanym śniegiem. Krótko: jesteśmy pierwsi! Szlak prowadzi przez górę, na początku przez Krowi Żleb, szeroko, wzdłuż ściętych pni drzew. Chwilę później wchodzimy w las, śnieg cały czas nietknięty, ale szlak jest dobrze oznakowany, zresztą intuicyjnie, po ułożeniu drzew, idzie się domyślać, którędy prowadził. Uparcie idziemy w górę, przekopując się; miejscami, gdzie drzewa są rzadsze, wiatr przypomina nam, że cały czas siedzi i czuwa w pobliżu.

Byłoby za ładnie, gdybym napisał, że tak sobie zupełnie sami dotarliśmy pod szczyt. Niestety, z przodu nadeszli inni zdobywcy i skończyło się przecieranie, zaczęło się wydeptywanie szlaku. Za chwilę spotkaliśmy jeszcze kolejnych – trzech chłopaków, którzy przebili się na Kończysty i próbowali przejść na Jarząbczy Wierch: powiedzieli, że wyżej dmucha, nie widać szlaku, nie widać niczego, nawet przez chwilę mieli „zesrankę”, bo nie wiedzieli, którędy wracać. Przy okazji Hipcia łapie feministyczny wkurw, bo któryś tam z nich mówi do niej „Ciebie bym tam nie widział.”. No to zobaczymy.

Kończy się las, zaczyna kosodrzewina, po chwili wychodzimy z niej i czujemy, że wiatr faktycznie pracuje i poprawnie odwala swoją robotę. Ze znajdowaniem szlaku nie ma problemu, wystarczy iść prosto pod górę, ale śladów już nigdzie nie ma. W koncu docieramy na sam szczyt, już w upartym, mocnym wietrze i sypiącym wszędzie śniegu, sprawdzenie zegarka: wyżej nie będzie na pewno lepiej, nie ma co – zbijamy na dół.

Powrót planowany jest drugą częścią czerwonego, w kierunku zachodnim. Zejście w dół znajdujemy, ale potem od razu niemalże gubimy szlak i mijamy zejście krawędzią żlebu, orientujemy się dopiero, gdy docieramy z powrotem do szlaku na Kończysty Wierch. Zawracamy, od razu robi się trudniej: mgła, która raczej nie przeszkadzała, zaczyna coraz bardziej ograniczać widzenie. Idziemy od strony nawietrznej, wiatr momentalnie zawiał nasze ślady. Znajdujemy zejście w doł, ale szlak nie jest tu oczywisty, jest ryzyko, że nie trafimy w poprawne zejście i będziemy musieli zawracać. Na zawrotkę decydujemy się wobec tego od razu.

Wracanie po własnych śladach nie jest zwykle pasjonujące, ale ten akurat przypadek należał do wyjątków. Raz, że dopóki byliśmy powyżej poziomu lasu, wiatr dawał z siebie wszystko, dwa, że w zimie las zawsze ładnie wygląda, ile razy by przez niego nie iść.

Po drodze robimy przystanek na piwko, gdy kończymy, jest już ciemno: dalsza podróż przebiega przy czołówkach. Docieramy do Doliny Chochołowskiej, znajdujemy odpowiedni skręt i idziemy, do momentu, gdy na łące zauważamy psiaka. Pies – idzie za nami, początkowo nas strasząc, ale potem po prostu akceptujemy go jako towarzysza podróży, kawałek wędrówki idziemy oglądając się na niego, co kosztuje nas przegapienie odbicia szlaku i wyjście na Siwą Polanę; nie chcemy zawracać, do samochodu maszerujemy już drogą.

Niedziela: na luzie, jak stereotypowi turyści

Trasa:
Dolina Strążyska
Ścieżka nad Reglami
Dolina Białego
Droga pod Reglami

Bardzo źle się zapatruję na jakiekolwiek łażenie w niedzielę, bo jak uczy doświadczenie, w okolicach radomskiej ekspresówki zaczyna mi się bardzo źle jechać. Jednak w sobotę trasa była za łatwa, więc zgadzam się na małe, spokojne kółko.

Przez pierwsze trzysta metrów robimy chyba więcej zdjęć niż przez każdy z poprzednich dni. Pogoda akurat się uspokoiła, słońce świeci, ciszę lasu zakłóca tylko utyskiwanie Hipci na rzeczone słońce i to, dlaczego wczoraj nie było tak ładnie.

Kończy się Dolina Strążyska, zaczyna Ścieżka pod Reglami. Tuż przed skrętem na Sarnią Skałę robimy przerwę na piwko na pniaku, chciałem tam zostawić waypointa, ale zostało mi to zabronione. Przy skręcie robimy trochę fotek i złazimy na dół. Przy jednym z pierwszych oblodzeń Hipcia sprawdza, czy lód jest naprawdę twardy i tym samym do narzekania na pogodę, dołącza narzekanie na to, że wlazła na Rysy, wczoraj łaziła w wietrze, a wypadek ze złamaniem kości ogonowej będzie miała na śmiesznej wysokości.

Docieramy do skrętu w Dolinę Lejową. Z zadumy i gapienia się w śnieg wyrywa mnie ciche „Chryste Panie!” rzucone za moimi plecami. Podnoszę wzrok… i natychmiast opuszczam, żeby się nie roześmiać. W naszą stronę maszeruje laleczka, która najwyraźniej pomyliła drogę z Krupówek: na oblodzoną, ośnieżoną, raczej stromą leśną ścieżkę, zalożyła kozaczki, dżinsy, jesienną kurteczkę z kapturkiem podszytym „futerkiem”, do tego w ręce niesie ogromną torbę. Kompletu dopełnia twarz uderzająca kolorem w pomarańcz, i, jak się zaraz okazalo, również różowe, długie na 2,5cm tipsy. Za nią maszeruje druga, lepiej już ubrana, ale nadal bardziej pasująca do miejskiego parku, niunia. Witają nas pięknym pytaniem:
- Cześć! Czy daleko jeszcze do schroniska?
- A o jakie schronisko chodzi?
- No, to schronisko tu obok.
Następuje chwila ciszy. Trawię otrzymane wiadomości, przeszukując w myślach mapę. Jedyne coś, co przypomina schronisko, to mała knajpka przy końcu Doliny Strążyska, bo chyba nie Hala Kondratowa. Ale – turysta turystom nie wilkiem, a chomiczkiem i łanią błękitną – wyciągam mapę i prezentuję. Koleżanka obserwuje moją prezentację sunąc po mapie szponem, którego nie powstydziłby się zdrowy tygrys. Staje na tym, że chyba celem bylo Schronisko na Hali Kondratowej. No, prawie dobrze; udzielamy informacji, którędy dalej i maszerujemy. Co prawda nie miały szans na zdążenie przed zmrokiem do samego schroniska, ale do Kuźnic mogły zejść; na głupotę nie ma lekarstwa, więc zakładamy, że mają zegarki i potrafią odejmować i bezczelnie nie informujemy ich o czasie. Chwilę później okazuje się, że zorientowały się, co się dzieje, bo z dołu widzimy, jak szybciutko wracają. Nie dogoniły nas jednak, może to kwestia śliskiego zejścia i wybrania się na nie w podbitych zapewne solidnym bieżnikiem kozaczkach; nie wiem, nie znam się.

Na sam koniec spacerek Drogą pod Reglami i zapakowanie się do auta. Bardzo miły właściciel/zarządca parkingu tuż przy wejściu do Doliny (dla chętnych: od wschodniej strony), pobiera od nas piątkę za parkowanie (a sto metrów dalej – czyli bliżej Zakopanego – ceny były już w granicach 10 i 15zł za cały dzień) i informuje nas o warunkach na trasie do Krakowa. Pozostaje jeszcze szybka pizza i z napchanym żołądkiem wsiadamy do auta. Droga na szczęście bezpieczna i jakoś zupełnie spokojna; również pod kątem spania, co na trasie tej długości pozostaje ewenementem.

Zakończenie

Wyjazd zdecydowanie udany. Lepszego prezentu i lepszej imprezy na urodziny nie można było wykombinować; mimo że nie udało się wykonać wszystkich zaplanowanych wyjść, to nauczyliśmy się sporo o zimowych górach i poznaliśmy nowe szlaki. Pytanie tylko, kiedy następnym razem pojedziemy?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry, Ze zdjęciem i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>