Jesień w Tatrach: 29 października – 1 listopada

Wstęp

Szybko przygotowany wyjazd w Tatry. Hipcia, oczywiście, przygotowała sobie trasę, z których założeń było zdobycie Rysów w pierwszy dzień, Orla Perć i inne wodotryski. Czy się udało?

Sobota – z marszu na Rysy. Błąd

Trasa:
Palenica Białczańska – Morskie Oko – prawie Rysy – Morskie Oko – Palenica Białczańska

Start – wczesnym północkiem z Warszawy, lądowanie w Zakopanem w okolicach siódmej. Po całej trasie za kółkiem dostaję leniwca i w rezultacie przy wejściu na szlak meldujemy się dopiero około 10:30. W towarzystwie szkolnych wycieczek, rodzin i skromnej liczby takich jak my (w tym znakomitej ilości przyjaciół zza południowej granicy), meldujemy się na czerwonym szlaku i radośnie ruszamy w stronę Morskiego Oka. Sam szlak jest tak niesamowicie ciekawy, że szkoda mi czasu na opisywanie: spacer asfaltem, jak po parku, tylko że cały czas pod górę.

Pod Morskim Okiem obalamy sobie po piwku i ruszamy dalej. Obchodzimy Morskie Oko, wspinamy się na Czarny Staw pod Rysami (po drodze dowiadując się od napotkanej rodziny, że nam zazdroszczą, bo możemy iść dalej: tak, trzeba było jeszcze grubsze kurtki zalożyć, to na pewno by się Wam udało). Staw obchodzimy dookoła, juz samotnie, bo wszyscy kończą zabawę na skałkach przed szlakiem; podchodzimy w górę. Za nami nikt nie idzie. Po chwili przydają się raki, za nami nadal nikogo, z góry schodzą Turyści (można ich poznać po sprzęcie i ubiorze) i Prawdziwi Turyści (tych poznajemy po jesiennych kurtkach, adidasach i dżinsach). Po chwili mijamy długie, czerwone ślady po kimś, kto najwyraźniej miał dużego pecha i po kogo wcześniej wyleciał helikopter: spotkany po drodze człowiek mówi, że ktoś zginął, ale komunikaty TOPRu, które Hipcia sprawdziła po przyjeździe, mówią o turystce w adidasach, która poślizgnęła się na śniegu i poważnie się obiła; kolega w rakach poszedł jej na pomoc – i też się obsunął. Dalej ślady prowadzą na wschód, podążamy za nimi, w ten sposób tracąc łącznie z 20 minut przez kogoś, kto poszedł oglądać widok, albo zwyczajnie się wysikać: niewidoczne z dołu, a wyraźne z góry pozostałe ślady prowadzą w górę w innym miejscu, gdybyśmy wczesniej byli na tym szlaku, pewnie byśmy to wiedzieli.

Wychodzimy, po drodze, na wysokości Buli pod Rysami, analizujemy czas i okazuje się, że wyjść damy radę, ale przy świetle dziennym nie zdążymy opuścić przynajmniej tej strefy, która jest niebezpieczna. Niepotrzebnie ruszaliśmy pierwszego dnia, tak późno. Podejście zostawiamy jako nieudane i schodzimy w dół. Po drodze robimy krótki przystanek na zboczu, oglądając mgłę wypełniającą dolinę, potem jeszcze spędzamy chwilę przy Czarnym Stawie. Zmrok łapie nas w okolicy zejścia na Morskie Oko, droga prosta, czołówki mocne, więc spokojnie, bez przygód schodzimy w dół; trochę smutni po nieudanym podejściu, przy Wodogrzmotach Mickiewicza zostawiamy waypointa. Nieudane podejście bardzo gryzie Hipcię i pozostaje głównym tematem rozmów na całą asfaltową drogę czerwonym szlakiem. Niestety, rozsądnie patrząc, nie mieliśmy na zboczu innego wyjścia niż zawrócić.

Niedziela – Czerwone Wierchy

Trasa:
Kościelisko – Przysłop Miętusi
Przysłop Miętusi – Małołączniak
Małołączniak – Ciemniak
Ciemniak – Hala Ornak – Dolina Kościeliska
Wejście do Doliny Kościeliska – Kościelisko (Droga pod Reglami)

Wstaliśmy jakoś z samego rana i ruszyliśmy czerwonym na Czerwone Wierchy. Po półtoragodzinnym spacerze na Przysłop Miętusi zalegamy na ławeczce w słońcu. Niesamowite: słońce grzeje, piękny widok, a my siedzimy sobie ubrani na krótko i pijemy piwo… w ostatnich dniach października; mijamy się tam z dwoma chłopakami, którzy ruszają na nasz szlak kwadrans przed nami, my chcemy jeszcze skorzystać z widoku słońca grzejącego ośnieżone szczyty. W końcu trzeba jednak ruszać dalej: żółty szlak na Małołączniak kusi i zachęca, zatem ruszamy pod górę, na samym początku… gubiąc się. Wyraźna ścieżka wyprowadza nas w środek lasu, schodzimy zatem w dół, w miejscu, gdzie, jak widać, wielu orientuje się, że szlak to chyba nie tędy; no tak: szlak czeka na nas trochę niżej. Samo podejście trudne nie jest, chociaż w jednym miejscu umieszczono łańcuchy, ale to chyba bardziej profilaktycznie niż z rzeczywistej potrzeby, dużo radości daje oglądanie pięknie ośnieżonych szczytów. Przy podejściu pod sam szczyt, już po śniegu, spotykamy naszych dwóch dzielnych wojowników: odrobiliśmy piętnaście minut straty z nawiązką, bo do szczytu jeszcze kawałek. Po drodze jeszcze budzimy respekt naszym podchodzeniem pod górę w krótkich rękawkach (co nas akurat zupełnie nie dziwi, skoro szliśmy tempem zdecydowanie nieemeryckim), ale miło usłyszeć słowa podziwu. Gdy go końcu zdobywamy, siadamy na sniegu obserwując panoramę Zakopanego, racząc się herbatą i zostawiając waypointa. Dalej droga wiedzie czerwonym, w stronę Krzesanicy, gdzie spotykamy radosne towarzystwo chwalące się noclegami na Małym Kozim Wierchu, tam robimy kolejny dłuższy przystanek (piwo+waypoint) a jeszcze dalej – Ciemniaka. Tu robimy najdłuższy odpoczynek, zostawiając jeszcze jednego waypointa. Jest gdzie odpoczywać: piękne zbocze zaprasza do oglądania, a zachodzące słońce dodaje uroku. Stamtąd schodzimy kawałek czerwonym, a potem odbijamy na zielony, w kierunku schroniska przy Hali Ornak; tu już po drodze łapie nas zmrok, ale spokojnie schodzimy sobie niżej, gdzie na sam koniec zostaje nam jeszcze niesamowicie nudny spacer Doliną Kościeliska (dobrze, że pustą o tej godzinie) i powrót do samego Kościeliska Drogą pod Reglami, na której spotykamy Coś: patrzyło na nas, świeciło i straszyło, dopóki nie znudziliśmy mu się, i nie zniknęło w głuszy, zostawiając za sobą tętent kopyt.

Poniedziałek – Orla Perć, czyli Hipci nie przegadasz

Trasa:
Kasprowy Wierch – Murowaniec
Murowaniec – Czarny Staw Gąsienicowy
Czarny Staw Gąsienicowy – Skrajny Granat
Skrajny Granat – Zadni Granat
Zadni Granat – Murowaniec
Murowaniec – Kuźnice

Z rana budzi mnie Hipcia. Ma ambicję zaatakować Orlą Perć, ja za to widzę, jak fantastycznie czują się moje nogi (w tym lewa kostka) i próbuję sugerować inną trasę. Nie ma, że boli, trzeba ruszać tyłek, Hipci nie przegadasz. Zgadza się tylko na wyjechanie na Kasprowy i zejście do Murowańca, zamiast podejścia z Kuźnic. I tak czynimy: przed dziewiątą jesteśmy już na górze, schodzimy, szybkie śniadanie przy schronisku i ruszamy w kierunku Czarnego Stawu. Tam – żółty szlak i drogowskaz na Granaty. Wio, pod górę. Na początku jeszcze czysto, widać kamienie, a droga, prócz tego, ze pod górę, nie robi żadnych trudności. Potem nagle zaczyna się śnieg, widząc, że dalej będzie cały czas biało, zakładamy raki. Zaraz po zalożeniu, widzimy, że ślady prowadzą w górę, po sniegu. Oznaczeń szlakowych brak, zatem popełniamy drugi raz ten sam błąd i idziemy za śladami. Kilka metrów w górę to ludzkie ślady, potem to, co nas prowadzi, to ślady staczającego się śniegu, złudnie przypominającego ludzkie stopy.

Pierwsza Poważna Lekcja: turlające się bryłki śniegu zostawiają ślady, które z daleka wyglądają jak ślady ludzkie. Myliły nas cholernie.

Na razie idzie się dobrze, idziemy więc wyżej, w końcu widzimy, że zaczynają się skały, robi się bardzo stromo i nie ma najmniejszych szans, żeby tamtędy prowadził szlak. Za nami fantastyczny widok na żleb, którym się wspięliśmy, niesamowita stromizna, czujemy się pięknie, jako osoby wytyczające nowe podejście pod Granaty, ale jednak zleźć trzeba, na szczęście raki spokojnie wystarczą do schodzenia: idąc twarzą do zbocza leziemy stabilnie w dół, powoli, ale bezpiecznie. W połowie zejścia odwracamy się i widzimy na dole człowieka idącego w ślad za nami. Gdy się mijamy, okazuje się, że facet porwał się na to zbocze, mając jedynie buty i rękawiczki. Kawałkiem kamienia ciosał sobie stopnie i szedł w górę. Gdy informujemy go, że tamtędy raczej szlak nie może prowadzić, wlazł po tym śniegu jeszcze 15 metrów (!), usiadł sobie, wyjął mapę i stwierdził, że to na pewno tędy. Ale, że może to dobry pomysł, żeby zawrócić; niemniej jednak, czas ma niezły, zdąży znaleźć szlak i jeszcze przejść. Schodził wolniej niż wchodził, więc mamy nadzieję, że pomyślał i zawrócił, zamiast pchać się dalej. My znaleźliśmy szlak schodząc (a gdybyśmy najpierw spojrzeli na mapę, to pewnie byłoby to szybciej) i ruszyliśmy do góry. Po chwili śnieg się skończył, by kawałek dalej znów się zacząć, niestety, zdjęliśmy już raki, więc stracilismy na to zdejmowanie i zakładanie trochę czasu. W końcu – szczyt. Na Krzyżne nie ma co już ruszać, stawiamy zatem waypointa, spędzamy chwilę ciesząc oczy widokiem i ruszamy w kierunku pozostałych Granatów. Droga prowadzi przez ośnieżoną grań, więc na wszelki wypadek nie zdejmujemy raków; wspinaczka w nich to ciekawego doświadczenie. Po chwili napotykamy „skok nad przepaścią”, który srodze mnie zawiódł, bo ani skok to nie był, ani przepaść żadna. Dalej to już tylko droga do ostatniego Granatu, gdzie również zostawiamy WP i spokojne zejście w dół zielonym szlakiem, przy początku którego zostawiamy ostatnią naklejkę. Niestety, zapominamy zupełnie o tym, że chcieliśmy na górze odnaleźć miejsce, gdzie rozpoczyna się Żleb Drege’a, z tego miejsca pozostaje tylko doturlać się pod Murowaniec i zejść, naszym ulubionym zejściem do Kuźnic. W lesie, jeszcze przed rozwidleniem na niebieski/żółty spotykamy w lesie dwie pary ślepi. Patrzą na nas, my patrzymy na nie, ale nikt nie atakuje nikogo, mijamy się nawzajem. Co to był za stwór? Nie wiadomo.

Wtorek – trzeba pędzić. Zakończenie.

Na wtorek planowana była jakaś trasa na pożegnanie, jednak wyskoczyła nam pilna sprawa, zatem przed południem wyjechaliśmy z Zakopanego, by dojechać do Warszawy. Tam chwila snu i jazda do Rzeszowa po to, by stamtąd wrócić tego samego dnia wieczorem. 1000km świeżo po ostrych spacerach górskich… nie polecam.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>