Dobitka dla niedokończonej Świnicy: 11-12 czerwca

Wstęp

Przy poprzedniej wycieczce zrezygnowaliśmy ze zdobycia Świnicy. W międzyczasie dowiedzieliśmy się jeszcze, że to, co jest kawałek za Świnicą, nazywa się „Orla Perć” i jest trudne. A jak jest trudne, to chcemy tam być. Od razu po powrocie zaczęlismy rezerwować nocleg na kolejny, szybka zrywka z pracy w piątek, swoje odstane w korkach, 23:30 lądowanie w Zakopanem.

Sobota: czyli to, po co przyjechaliśmy

Trasa:
Kasprowy Wierch – Świnica – Zawrat – Mały Kozi Wierch – Kozia Przełęcz – Kozi Wierch – Przełączka nad Buczynową Dolinką.
Żleb Kulczyńskiego
Wyjście ze Żlebu Kulczyńskiego – Murowaniec
Murowaniec – Kuźnice

Rano pobudka, Kuźnice, godzina oczekiwania na kolejkę na Kasprowy (woleliśmy oszczędzić sobie wchodzenia, skoro nie startujemy ze schroniska) i wio na górę.

Pierwszy cel – zaplanowana i obiecana Świnica. Początek szlaku zajęty przez ludzi spacerujących w okolicach Kasprowego, ale potem robi się luźniej. Na którymś zboczu przystanek na piwko na odwagę :) Do właściwego podejścia na Świnicę, piwko paruje, a węglowodany rozchodzą się po kościach. Atakujemy, podejście faktycznie strome, dobrze, że ostatnio go nie zrobiliśmy. Teraz oblodzeń przynajmniej nie ma.

Po drodze na szczyt mijamy rodzinę. Ojciec z matką i dwóch synów, synowie idą z pewnym wyprzedzeniem. Wzrok mój przykuwa młodszy z chłopaków, tak na oko 13 lat, który w pewnym momencie kładzie się na skale. Myślałem, że taki wygłup, ale… Mijamy ich ponownie pod szczytem – my schodzimy, chłopaki wchodzą. Ten młodszy wchodzi, a w zasadzie… pełznie pod górę. Kurczowo trzymając się łańcucha, próbuje udem wejść na skałkę, mimo, że wokół ma stabilny, szeroki grunt. Uwagę przykuwają jego oczy – niesamowicie rozszerzone, jak u sowy. Tatuś piętnaście metrów niżej stoi i sobie cyka fotki. Nie wiem, czy chłopak ma lęk przestrzeni/wysokości, czy był aż tak zmęczony, ale bezmyślność rodzica jest zdumiewająca. Nie wyglądał na kogoś, kto dobrze się czuje. Drugim przykładem bezmyślności była wycieczka szkolna, która musiała schodzić ze Świnicy. M.in. dziewczynka, też jakoś czternastoletnia, która na granicy płaczu przemieszczała się w ślimaczym tempie. Reszta grupy szła „dozbrojona”, jak na takie wysokości: dżinsy, cienkie kurtki i brak rękawiczek. Widać, że wychowawca zadbał o wszystko…

Na samym szczycie wypoczywamy sobie radośnie, machając nogami nad kilkudziesięciometrową przepaścią. Widok jest zaje… Widok jest nieziemski. Przepuszczamy przodem wspomnianą już młodzież, ze szczytu schodzimy czerwonym i tu mamy pierwszą próbkę tego, co nas czeka – łańcuchy i strome zejście w dół. Docieramy do Zawratu. Tam wita nas spora gromada turystów, mamy dziwne wrażenie, że wszyscy odprowadzają nas wzrokiem, gdy podążamy w kierunku Orlej, nie dziwi nas to: na szlaku spotkaliśmy tylko czwórkę osób: dwie, które zawróciły, jednego optymistę, który w okolicach piętnastej chciał dotrzeć na Krzyżne i jednego „normalnego”, który po prostu sobie szedł. Robi się ciepło, więc przerabiamy się na wersję letnią: ja odpinam nogawki, Hipcia niestety musi zrobić częściowy striptiz. :-)

Pierwsza część – dotarcie do Koziej Przełęczy. Tu już wiemy, co się zbliża, ale i tak jest ciekawie. W pewnym momencie zaskakuje nas pokrywa śnieżna, w której niknie łańcuch (odstraszyła dwójkę ludzi, z którymi mijaliśmy się wcześniej). Ślady prowadzą poziomo wzdłuż zbocza, więc idziemy za nimi. Nagle zamiast łańcuchów wyrastają nam stalowe linki. Co począć – taki szlak, schodzimy. To był w zasadzie jedyny moment, kiedy rozważałem zawrócenie, bo schodzenie, mając za sobą przepaść, trzymając się tylko stalowej linki, nie daje zbytniego poczucia pewności, ale… krok za krokiem, powolutku… i się udało. Potem dopiero okazało się, że szlak prowadził pod śniegiem – tam były łańcuchy. Dalej to już cykliczna wspinaczka i podchodzenie, aż do drabinki nad Kozią Przełęczą, która również robi wrażenie. Nasze wyposażenie też robi wrażenie: z braku Profesjonalnego Sprzętu do Via Ferraty, posiłkujemy się windstopperowymi rękawiczkami, a potem, gdy łańcuchów zrobiło się więcej: podbitymi skórą rękawiczkami rowerowymi. Dały radę.

Czasu nadal sporo, chwilę siedzimy i ruszamy dalej – tym razem Kozi Wierch. Tu robi się coraz trudniej, w końcu włazimy na górę i szukamy Buczynowej Przełączki, która gdzieś powinna być. Jest jakaś przełęcz, ale, halo, halo, nie ma żadnych szlaków w boki. To gdzie my jesteśmy? Dopiero później dowiedziałem się, że weszlismy dopiero na Kozie Czuby. Zatem Kozi Wierch przed nami; przed nami również podejście, które bardzo ładnie widzimy z miejsca, na którym stoimy – pionowe podejście na jakieś 30 metrów. Dobrze, że dali łańcuchy ;) No nic, wyboru nie ma, złazimy i wchodzimy w górę. Pod koniec tego pionu oglądam się za siebie. Pamiętacie, jak we „Władcy Pierścieni” Frodo i Sam prowadzeni przez Golluma idą do Mordoru przez góry? Odczucie co do stromości miałem podobne. Zdobycie samego szczytu już problemu nie stwarza, przełączka się znajduje.

Dwie opcje – na dół, albo Granaty. Czas się powoli kończy, więc złazimy Żlebem Kulczyńskiego. Tu również schodzenie po osuwisku daje się we znaki: oznakowanie też pozostawia wiele do życzenia, dobrze, że zauważam połyskujące w słońcu łańcuchy, ale to i tak pułapka, bo łańcuchy się kończą, a jedyne wyjście prowadzi w dół. Schodzę trzy metry i widzę, że dalej są kolejne trzy, ale chwytu nie ma, zejście jest prawie tożsame ze spadnięciem. Na szczęście Hipcia zauważa kolejną dawkę łańcuchów – ukryte tuż przy ścianie. Jak można tego nie oznaczyć?! Schodzimy powolutku na sam dół, po drodze Hipcia próbuje złamać łapkę na sporej zaspie śniegu, usiłując wpaść do trzymetrowej dziury, a przy kolejnej długiej połaci testujemy nasz nowy nabytek: raki. Przy Stawie Gąsienicowym okazuje się, że zejście zajęło trochę za długo, wracamy zatem najprostszą drogą – do Murowańca i na dół niebieskim szlakiem, już przez las i już przy latarkach, bo w międzyczasie zapadł zmrok. Oboje, jak się okazało, nie baliśmy się o dotarcie do celu, tylko o spotkanie z jakimś misiem. W domu byliśmy po północy. Zdecydowanie nasze najdłuższe wyjscie do tej pory.

Niedziela – krótka trasa na pożegnanie. A deszcz pada.

Trasa:
Parking opodal Siwej Polany – Dolina Chochołowska
Ścieżka pod Reglami (Dolina Chochołowska – Dolina Lejowa).
Dolina Lejowa – Parking opodal Siwej Polany

Zielonym na Dolinę Chochołowską, potem czarnym – ścieżka nad Reglami i żółtym przez Dolinę Lejową. Cały dzień padal deszcz. Nie „lał” – padał. Problem byl w tym, że padał systematycznie, konsekwentnie i bez żadnej przerwy; Dolina Lejowa była jednym wielkim lejem błota, szczególnie fragment rozjeżdżony przez traktory. Koniec końcow wylądowaliśmy w samochodzie prawie zupełnie przemoczeni. Moja kurtka w większości dała radę, ale Hipci byla już zupełnie przemoczona. Szybkie przebranie się w samochodzie – i powrót do Warszawy.

Zakończenie

Powrót do Warszawy w deszczu. Tam, gdzie jechało się 100-110km/h – teraz szlo jechać 60/70km/h. Po drodze mijamy sześć wypadków, w tym dwa śmiertelne. W tym jeden w Radomiu, w którym, gdybym jechał trochę szybciej, to może ja grałbym główną rolę – miałem jechać tamtą drogą i byłem mniej więcej kilometr w kierunku Kielc od tego miejsca, gdy zaczęli podawać przez radio, że był wypadek. Ciężarówka wpadła w poślizg, złożyła się w „V” i zaczęła sunąć. Zgarnęła osobówkę jadącą w przeciwnym kierunku, w którą od tyłu ktoś jeszcze uderzył.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>