Pierwszy raz w Tatrach: 12-15 maja

Wstęp

Wycieczka odbyła się niedługo po wypadku Hipci. Kark i nogi jeszcze troche bolały, ale jej nie przegadasz – trzeba jechać, a gdzie według Hipci najlepiej jechać po skręceniu nóg, licznych obtarciach i stłuczeniach oraz naciągnięciu mięśni plecków? Najlepiej oczywiście w góry i to od razu w Tatry, których zupełnie nie znamy No to pojechaliśmy; Hipcia z kołnierzem ortopedycznym, a ja z obawami o jej zdrowie. W czwartek wybyliśmy gdzieś rano, liczyliśmy na przemknięcie się przed godzinami szczytu i boleśnie utknęliśmy w samym środku korka. Na szczęście potem było już łatwiej. Na sam początek mieliśmy zarezerwowany nocleg w Murzasichlu w domku regionalnym. Nie polecamy. Sam domek, w środku nawet ładny, ale (w przeciwieństwie do sprytnie zrobionych zdjęć, umieszczonych na stronie), okazał się być budyneczkiem, stojącym w zasadzie na podwórku, tuż przy drodze, którą nieustannie napierały ciężarówki. Nie wiem, gdzie jest ten „piękny ogród”, kilka metrów kwadratowych trawniczka i parking tuż obok, na pewno nie spełnia naszych wymagań. Zrobiliśmy w tył zwrot i na gorąco zadzwoniliśmy do numeru, który Hipcia odpisała o trzeciej nad ranem przed wyjazdem. Udało się, trafiliśmy do Kościeliska, mieszkanie w porządku… uff…

Czwartek – czyli po okolicy

Po rozpakowaniu wszystkich gratów okazało się, że super plan przejścia się Doliną Kościelska wziął w łeb, zbliża się wieczór i jedyne, co możemy zrobić, to wyskoczyć sobie do Zakopanego. Zatem – z buta z Kościeliska do Zakopanego. Po drodze wskoczyliśmy w bus, który bardzo uprzejmie zatrzymał się specjalnie dla nas na środku drogi, by zapytać, czy nie chcemy podwózki. Chcieliśmy. W Zakopanem zatankowaliśmy zakupy i z piwkiem w ręku wróciliśmy piechotą. Kierpcówkami. Długo było, oj długo. I przyjemnie, jakby nie patrzeć.

Piątek – w końcu na szlaku.

Trasa:
Dolina Małej Łąki – Kondracka przełęcz
Kondracka przełęcz – Giewont – Kondracka przełęcz
Kondracka przełęcz – Kopa kondracka
Kopa Kondracka – Kasprowy Wierch
Kasprowy Wierch – Kuźnice

Zaczynamy niewinnie: podjeżdżamy samochodem pod Dolinę Małej Łąki i ruszamy w górę. Ubrani jesteśmy w kurtki membranowe, które zaraz okazały się zbędne (nie wiedzieliśmy nawet jak szybko potrafimy chodzić), pod spodem mamy bieliznę termoaktywną, na nogach natomiast zakupione przed wyprawą spodnie do trekkingu. Pogoda jak na razie nieciekawa, trochę popaduje i jest dość wilgotno, ale dzięki temu jest niewielu turystów. Na parkingu przy wejściu na szlak stoją tylko trzy samochody, co przekłada się na brak opłaty za parking – nikt tego dnia nie zbierał haraczu. Pierwsze spostrzeżenie, już na samym początku: jesteśmy szybsi, niż większość turystów (choć dwójkę tę większość stanowi mijana dwójka); dobrze się zaczyna. Lasem pod górę… w końcu wychodzimy na Dolinę i po raz pierwszy (i nie ostatni, jak się później okazało) zachwycamy się nią. Bo i jest czym. Jeśli dobrze pamiętam, to korzystamy z okazji i obalamy piwko, napawając się pięknym widokiem majestatycznych, pokrytych gdzieniegdzie śniegiem Czerwonych Wierchów. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy na co patrzymy. Pierwszy raz zresztą widzieliśmy na żywo tak wysokie góry w zimowej scenerii, więc zachwyt towarzyszył nam już przez cały dzień.

Za dużo wolnego jednak być nie może, tuptamy dalej cierpliwie pod górę, robiąc przerwy na uwiecznienie naszego zafascynowania na zdjęciach oraz aby trochę odparować strasznie szybko gromadzące się ciepło. Na szlaku pojawiają się ostatki śniegu za to ludzi zupełny brak; gdzieś po drodze czerpiemy wody ze strumyczka; w zimie musi być tam fajnie. Na poziomie kosodrzewiny zaczyna dmuchać, zakładamy czapki i polary. Pogarsza się również widoczność. Kondracka przełęcz to już regularna dmuchanina, czasu mamy dosyć, więc idziemy w kierunku Giewontu. A tu – niespodzianka – na szczycie jesteśmy zupełnie sami. Dopiero po chwili pojawiają się pierwsi ludzie: dwójka starszych kobiet i potem jeszcze młoda para. Spodziewaliśmy się, że Giewont jako mekka każdego Prawdziwego Turysty i obowiązkowy punkt każdej wyprawy w Tatry będzie co najmniej oblężony i trzeba będzie w kolejce czekać aby wyjść po, naszym zdaniem, zupełnie niepotrzebnych łańcuchach. A tu takie miłe zaskoczenie, pewnie maj to nie jest miesiąc idealny na górskie wyprawy (a długi weekend majowy dopiero co się skończył), zresztą pogoda tego dnia również raczej odstraszała niż zachęcała do górskich wojaży. Dla nas jednak było idealnie. Korzystając z przywileju pierwszeństwa, wybraliśmy sobie na szczycie najdogodniejsze miejsce do odpoczynku, pijemy herbatę i podziwiamy widoki, co jest niezwykle trudne. Akurat podniosła się mgła i jedyne co można było zobaczyć to krzyż. Ciut zawiedzeni, schodzimy w dół, łańcuchy, już bardziej użyteczne niż pod górę, są cholernie zimne, więc ubieramy rękawiczki. Rezygnujemy z planowanego zejścia niebieskim na Halę Kondratową i uderzamy po śniegu, w górę, na Kopę Kondracką. Po mozolnej wspinaczce pozostaje nam tylko uderzyć na wschód, w kierunku Kasprowego, co niezwłocznie czynimy. Śnieg towarzyszył nam już do samego Kasprowego.

Przy schodzeniu z Kopy, wypogodziło się i w końcu mogliśmy zobaczyć coś więcej niż tylko mgłę i chmury. A widok był nieziemski. Czytelnik musi wybaczyć nasz zachwyt, pierwszy raz byliśmy na takiej wysokości i mogliśmy podziwiać widok jaki się z niej rozpościera.

W blasku popołudniowego słońca, nie nękani przez nikogo docieramy do Kasprowego. Hipcia po drodze zaczęła się choć opornie oswajać z kijkami trekkingowymi, które kupiliśmy dla niej z uwagi na wypadek. Paskudztwo to okazuje się bardzo przydatne, nie dość że wpływa na szybkość marszu to jeszcze służy do asekuracji przy zejściach, jak i podpierania się przy podejściach. Dlatego też w tym oto miejscu musimy mocno uderzyć się pierś i zwrócić honor tym wszystkim ludziom, których widzieliśmy na pierwszej naszej wyprawie z kijkami i z których to w duszy się podśmiechiwaliśmy, że cieniasy i emeryci.

Ostatecznie, z uwagi, że mam tylko jedną parę kijków dzielimy się nimi sprawiedliwie i tak idzie się sprawniej.

Na Kasprowym robimy przerwę na gryz rogalika i łyk piwka oraz oczywiście sesję zdjęciową Czarnego Stawu Gąsienicowego i jego sąsiadów. Wtedy to właśnie Hipcia po raz pierwszy zobaczyła Świnicę i Kozi Wierch i to był niestety początek fascynacji tymi szczytami i całą Orlą.

Nie schodzimy do stacji, wydaje się bowiem, że wszystko pozamykane, a ostatni zjazd kolejką już dawno za nami. . Trzeba będzie na piechotę drałować w dół. W pewnej chwili nasze zainteresowanie wzbudza dwójka turystów, która na ławeczce przy stacji wydaje się na coś czekać. Pytanie tylko na co. Pomyśleliśmy, że zrobili sobie tylko przystanek na posiłek albo naiwnie czekają na kolejkę, więc podśmiechując się trochę, że nasi bohaterowie będą musieli czekać aż do rana wybieramy zejście na dół zielonym szlakiem. Nudnym, zielonym szlakiem. Bardzo nudnym, zielonym szlakiem. Ani to przez las nie prowadzi, ani widoków pięknych nie ma… Na początku jeszcze powyżej poziomu lasu było ciekawie, leżący śnieg, skaczące koziczki i chowające się za szczytami słońce. Potem jednak zrobiło się strasznie monotonnie i do tego chłodno. Koniec końców schodzimy do Kuźnic. W połowie trasy przelatuje nad nami wagonik kolejki, a w niej…… nasza dwójka z góry. Jednak nas przechytrzyli, – nie naiwnie ale cierpliwie czekali, nie wiem tylko czy wiedząc że możemy załapać się na ostatni zjazd  nadal nie wybralibyśmy pójścia na piechotę. No nic kolejna lekcja zaliczona – dobrze wiedzieć jak kursuje kolejka.

W Kuźnicach  popełniamy głupi błąd, myląc drogę pod Reglami ze Ścieżką pod Reglami, dobrze, że w porę się orientujemy. Schodzimy w dół do Zakopanego, tu już rezygnujemy z prób dotarcia piechotą do samochodu – bierzemy taksę, która podwozi nas do naszego samochodu.

Podsumowanie: pierwszy nasz dzień w tak wysokich górach okazał się bardzo przyjemny lecz dość męczący. Dzielnie poradziliśmy sobie ze śniegiem i wiatrem; nasz pierwszy raz z łańcuchami również należy zaliczyć do udanych. Obeszło się bez żadnych kontuzji i strat, z wyjątkiem oczywiście bólu mieści. Również Hipcia nie narzekała na żadne odnowienie swoich powypadkowych kontuzji. Z tego dnia wyciągnęliśmy również nasze pierwsze  wnioski: Tatry są piękne, szlak prowadzący przez Czerwone Wierchy kapitalny, Kasprowy i Giewont – szału nie ma, łańcuchy na Giewont zbędne – chyba że są dla tych lasek co w klapkach i szpilkach wchodzą, szlak do Kuźnic to masakra, a jeszcze większa masakra to spacer z Kuźnic do Zakopanego. Najważniejsza jednak lekcja jaka wypłynęła z tego dnia to, to że ten niewinnie wyglądający na mapie i na pewno szybki do przejścia szlak, którym Hipcia planowała iść w przypadku gdyby starczyło nam jeszcze czasu to Orla Perć

Sobota, kiedy to pierwszy raz widzimy Murowaniec.

Trasa:
Kuźnice – Murowaniec
Murowaniec – Świnicka Przełęcz
Świnicka Przełęcz – Liliowe
Liliowe – Murowaniec
Murowaniec – Kuźnice

Tak jak już pisałem, wizyta na Kasprowym miała nieodwracalne i daleko idące skutki przesądzające o charakterze i celu naszych późniejszych wypraw. Hipcia zapragnęła wejść na Świnicę, a wiadomo co jest następnym krokiem po Świnicy – Orla.

Ale spokojnie, najpierw jednak Świnica. Więc wio, marsz do Kuźnic tym razem już w dzień i w drugą stronę. Choć nogi jeszcze niezmęczone, człowiek w miarę wypoczęty, to trasa tak samo nudna i nieprzyjemna w dzień jak i w nocy, z tą tylko różnicą, że w nocy nie było tam prawie nikogo, w dzień natomiast kupa luda, wszyscy tylko w jednym celu aby wyjechać na Kasprowy. Więc tak, wyprzedzając po kolej grupy turystów, eliminując tym samym przyszłych rywali w walce po dobre miejsce przy kasie, dotarliśmy do magicznych schodów, na których to czekała już na nas ładna i dorodna kolejka.

Choć zakładaliśmy  wyjechanie na Kasprowy kolejką, to zobaczywszy ilość ludzi stojących przy kasach i zwątpiliśmy. Należy przyznać, że chwile udało nam się nawet wytrzymać w kolejce ale cierpliwość się skończyła w okolicach ostatnich schodów. Nie po to pojechaliśmy w góry aby jak te leszcze czekać na „wyjście” w nie. Kupujemy napój energetyczny w postaci piwa i zaczynamy wytupywać żółty szlak prowadzący do Murowańca. Całe szczęście, że trafiliśmy na ten, jest ciekawszy i trudniejszy od niebieskiego. Ludzi na szlaku sporo ale my jak zwykłe się tym nie przejmujemy bo większość i tak wyprzedzamy. Mamy dobre tempo, chcemy bowiem jak najszybciej uciec z tej pielgrzymki i wyjść w wyższe partie gdzie ludzi już nie ma lub jest ich przynajmniej mniej. Pogoda przepiękna, słońce i ciepło szybko dają nam jednak w kość. Robi się gorąco, pot zaczyna kapać na oczy, my w krótkich rękawkach i podwiniętych nogawkach ale dalej jest to niewystarczające. Po pokonaniu największego podejścia robimy przystanek na uzupełnienie płynów i szybki striptiz – Hipcia przebiera się w podkoszulek.

Największa fala migracyjna pojawiła się po zejściu się szlaków: żółtego z niebieskim szczególnie umiłowanym przez rzesze turystów. Z Murowańca nadciągała prawdziwa lawina ludzi, którzy to dopiero co szturmowali schronisko, przed nami nie gorszy liczbowo napływ nowych chętnych na spacer dookoła Czarnego Stawu Gąsienicowego . Więc tak raz po raz wyprzedzając i pozdrawiając wszystkich i wszystko docieramy do Murowańca, który jak można było się spodziewać wita nas gwarnie i tłocznie, przerażeni widokiem wszystkich oblegających ławeczki turystów, postanawiamy przystanąć tylko na jedno piwo oraz szybkie jedzenie i ruszać dalej.

Z Murowańca ruszamy czarnym w kierunku Kasprowego, nie skręcamy na Karb, tylko decydujemy się podejść pod Świnicką Przełęcz, ładnie zasypaną śniegiem. Można śmiało napisać, że głównym inicjatorem tego wyjścia była Hipcia, która zawsze wybiera najtrudniejsze rozwiązania. Podejście strome, ale idzie spokojnie się wbijać pod górę. Wchodzimy po śladach prowadzących przez sam środek przełęczy. W krótkich rękawkach i wyposażeni w jeden kijek, robi się co raz bardziej pionowo, co raz częściej zdarzają się poślizgi na razie nieszkodliwe, nogi też zapadają się śnieg tam gdzie tylko przysypał kamienie. Jest ciężko ale Hipica ani myśli o rezygnacji. Powoli na czworaka, krok za krokiem wykorzystujemy dziury zrobione przez kogoś kto szedł przed nami on przynajmniej miał raki. Nikogo za nami z góry schodzi, a dokładnie zjeżdża tylko jedna osoba. Ostatnie 20 metrów to już ostry pion, tutaj tracę oparcie i zaczynam szorować w dół. Zatrzymałem się 30 metrów niżej, dzięki kijkowi trekkingowemu, który najpierw ułamałem, a potem wbiłem i zawisłem na nim. Nie zrezygnowaliśmy, tylko jeszcze bardziej ostrożnie wyleźliśmy na górę. Jaka radość towarzyszyła nam kiedy udało się wyjść! –  Pierwsze nasze takie strome podejście! Na górze od razu szybka akcja rozgrzewająca, ciepłe ciuchy i gorąca herbata, no i oczywiście zdjęcia podejścia które właśnie pokonaliśmy.

Na przełęczy spotykamy dwóch turystów, którzy grzecznie pomijają wyrażenie swojej opinii na temat tego, co właśnie zrobiliśmy (byliśmy bez raków; ja również, ze względu na szanownego Czytelnika, pominę wyrażenie swojej opinii o nas). Odradzają nam Świnicę ze względu na oblodzenia, bez raków niby nie da rady I tak zresztą nie mamy czasu robi się już szarawo, więc przy wielkim rozżaleniu Hipci zbijamy czerwonym w kierunku Liliowych. Zejście w dół jest trochę wymagającą, z uwagi na zalegający śnieg i gdzieniegdzie oblodzenia. Stamtąd – już ponury standard; doczłapanie do Murowańca i zejście niebieskim w kierunku Kuźnic; już po zmroku Przy skręcie na schronisko zrobiliśmy jeszcze przystanek na szybki posiłek i łyk czegoś mocniejszego na rozgrzewkę. Tak siedząc na ławce, podziwialiśmy ciemniejącą w zmroku Świnicę, która wydawała się uśmiechać do niedoszłych jej zdobywców. Hipcia obiecała wówczas, że niedługo tu wrócimy alby dokończyć niedokończone. Przez całą też drogę powrotną planowaliśmy już kolejny wyjazd. Gdy weszliśmy jednak w las Świnka musiała ustąpić nieco większemu zwierzęciu czyli niedźwiedziowi. Az do Kuźnić towarzyszyła nam bowiem delkitana obawa czy aby za nami nie czai się jakiś miły misiu i czy nie chce się z nami koniecznie zaprzyjaźnić. Na szczęście żadnych futrzaków nie było większych ani mniejszych więc niepożarci dotarliśmy do Kużnic a stamtąd po oszałamiającym spacerze do samochodu. Liczyliśmy, że uda nam się zaoszczędzić na parkingu, kto normalny bowiem o 23 będzie zbierał opłaty –  ale się myliliśmy. Na właścicieli ostatniego stojącego na parkingu samochodu cierpliwie czekał już pan. Początkowo myśleliśmy aby rżnąc głupa na chama wsiąść do samochodu i zniknąć, ale za uczciwi i za miękcy jesteśmy, więc grzecznie zapłaciliśmy.

Podsumowanie

Dzień może nie był jakiś niesamowity ale bardzo pouczający. Zgodnie stwierdziliśmy, że jeżeli chcemy dalej chodzić po górach to koniecznym staje się zakup raków oraz oczywiście nowych kijków trekkingowych tym razem po parze dla każdego. Kolejne wniosek to to, że w Zakopanym jeżeli mają okazję to zedrą z ciebie pieniądze niezależnie od pory i godziny, Murowaniec to okropnie przeludnione miejsce, żółty szlak vs niebieski 1:0, Świnica wygląda niesamowicie, wychodzenie po stromych podejściach to duża frajda, a zwłaszcza wychodzenie po śniegu, kijki mogą uratować życie, harowaniu dłońmi po śniegu przy spadaniu w dół powoduje obtarcia, obawy przed misiami są zbytnio wyolbrzymione ale nie bezpodstawne, a niebieski szlak z Murowańca do Kuźnic okropnie nudny ale nie tak nudny jak ten z Kasprowego, Najważniejsze jednak co przyniósł dzisiejszy dzień to twarda nie podlegająca dyskusji deklaracja Hipici, że za 30 dni jedziemy zdobywać Świnice i o dziwo to żelazne postanowienie udało się zrealizować z dokładnością prawie do jednego dnia.

Niedziela: chwila świętego spokoju w słońcu.

Trasa:
Dolina Małej Łąki
Ścieżka nad Reglami
Siklawica
Dolina Strążyska
Droga pod Reglami

Spokojna trasa na zakończenie. W Dolinie Małej Łąki przystanek na grzanie się w słońcu na trawie, tego dnia było tutaj znaczniej więcej ludzi niż przedwczoraj. Pewnie pogoda wyciągnęła ludzi na przyjemny niedzielny spacer. My kierujemy się dalej na nudny marsz Ścieżką nad Reglami, potem następuje chwila spokoju przy Siklawicy i odpoczynek nad potokiem, na koniec pozostaje  tylko spacer w dół i w poprzek (Droga pod Reglami)

Zakończenie

Do Warszawy wracamy w akompaniamencie Hipci żałującej odpuszczoną Świnicę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że plany typu „za trzy tygodnie możemy znowu jechać w Tatry” są osiągalne…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>