Drugie Urodziny w Tatrach

Wprowadzenie

Tak jak w zeszłym roku, w tym również udało nam się załatwić urlop by pojechać w góry poświętować hipciowe urodziny. Tym razem juz na zimowych oponach, spakowani, zwarci i gotowi. Droga minęła paskudnie, nie wiem, czy nie wypocząłem jakoś, czy coś, w każdym razie niewiarygodnie zasypiałem. Udało się nam na szczęście dotrzeć (dwie godziny po docelowym czasie); pierwszy raz chyba, w historii naszych wyjazdów, potrzebowałem się położyć po przyjechaniu, po przebudzeniu się ledwo co zjadłem i zupełnie nie miałem ochoty nigdzie się ruszać. Jednak…

Dzień pierwszy: Bez portek na Kondrackiej

Jakoś tam udało się nam spakować do samochodu, podjechaliśmy pod wejście Doliny Małej Łąki i bez entuzjazmu (ja) i z entuzjazmem (Hipcia) ruszyliśmy pod górę. Pogoda nie była zbyt obiecująca, było mgliście i gdzieś tam wyżej trochę wiało. Wyszliśmy w końcu na łąkę, zerknęliśmy na śnieżne pole i na głębokość śniegu i sięgnęliśmy po stuptuty. I gdy właśnie jednego zakładałem, spodnie zrobiły sobie „prrrrrrrr”. Pękły tylko w kroku, pod spodem, da się iść. Przeszliśmy przez łąkę, mijając dwójkę wędrowców i pomknęliśmy w górę, przez las. Po chwili ślady wytupane przez nich się skończyły, a my weszliśmy w świeży śnieg. Powyżej poziomu lasu zaczęlo wiać, coraz mocniej, zaczęło się też mglić. Dotarliśmy do miejsca, którego nie byliśmy pewni, skręciliśmy źle: zamiast kamieniskiem do góry poszliśmy w prawo, żlebem. Po chwili zorientowaliśmy się, ze to na pewno nie tędy droga i wróciliśmy. Wiatr coraz bardziej się rozpędzał, a moje spodnie, przez kolejne podejścia, zostały rozerwane już od kolana do kolana. Uznaliśmy, że lepiej będzie wrócić, żeby spokojnie kupić nowe, ewentualnie naprawić stare.

Wracanie po swoich śladach ma sens, jeśli te widać. Zawsze fascynujące jest, jak szybko wiatr potrafi zasypać ślady i kilka minut po naszym przejściu pokazać nam piękną, na równo zaśnieżoną ścieżkę. Trochę dziwnie było opuszczać dolinę i wchodzić w las, gdy jeszcze światła było na tyle, że można było spokojnie mapę bez czołówki czytać, nie mówiąc o patrzeniu pod nogi. Na szczęście chwilę później już się ściemniło i mogliśmy po ciemku wrócić do auta.

Zjechaliśmy do siebie, przebraliśmy się i ruszyliśmy na Wielką Grań Krupówek na polowanie. Zakupy zwykle robię szybko: wchodzę, mierzę, decyduję się. Tym razem zaszaleliśmy i odwiedziliśmy więcej niż jeden sklep, mierząc więcej niż jedną parę, w końcu te spodnie mają się przydać, a nie tylko leżeć na tyłku. Ze spodniami wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy do domu wyspać się.

Dzień drugi: Urodziny, czyli ktoś podłożył nam świnię na szczycie

Pobudka była w środku nocy, 3:30, zapewne. Zdarliśmy się z łoża, zjedliśmy, spakowaliśmy i ruszyliśmy. Z buta do Kuźnic i w ciemny las. Na samym początku przestraszył nas facet, który w trampkach wybiegł zza nas po śniegu. Las był cichy i spokojny, gdy wyszliśmy powyżej jego poziomu nic nie wiało, ale już powoli zaczynało świtać, a przywitał nas widok porannych miejscowości w dolinach i pięknych gór. Kogo przywitał, tego przywitał, nie ukrywam, że niewiarygodnie chciało mi się spać. Rozbudziłem się chwilę później, za Przełęczą między Kopami, gdzie zrobiliśmy kilka sielskich i obrazkowych fotek. Zeszliśmy do Murowańca, zjedliśmy śniadanie i wymknęliśmy się śladem zorganizowanych grup, które dzielnie tupały w stronę Kasprowego. Po chwili wskoczyliśmy na zielony szlak na Liliowe i bardzo spokojnie, wydeptanymi w sniegu śladami, dotarliśmy na samą przełęcz.

Na przełęczy zalało nas słońce, które w międzyczasie wyskoczyło zza chmur. Oślepiając zmusiło do założenia przeciwsłonecznych okularów… gdy już cokolwiek widzieliśmy, zorientowaliśmy się w sytuacji. Kierunek na Kasprowy był wytupany. W zasięgu wzroku były dwie ekipy i dwie dodatkowe, które razem z nami grzebały się na przełęczy. Na Świnicę prowadził jeden, pojedynczy ślad. Pomyśleliśmy i ruszyliśmy pod górę, skoro ktoś szedł, to możemy kawałek za nim pójść, na razie z buta, ale na Skrajnej Kopie zdecydowaliśmy się na wszelki wypadek zalożyć raki. Czekanów brać nie było sensu, po miękkim śniegu zaszliśmy aż na Świnicką Przełęcz, gdzie popatrzyliśmy w górę…

Ślady prowadziły, więc spokojnie, ale rozważnie poszliśmy za nimi. Cały czas w pięknym słońcu, bez oznak zalamania pogody. Powoli pchaliśmy się do góry, ścieżka wiła się po stromym zboczu… w końcu spotkaliśmy kolegę, który zostawiał te ślady: schodził właśnie z góry. Pogadaliśmy o łatwości dalszej drogi i poszliśmy. W międzyczasie zobaczyliśmy też szlak, który zdawał się prowadzić w nieco inną stronę, ale w końcu to jest zima, szlaków nie ma.  Po krótkiej, za krótkiej wspinaczce, znaleźliśmy się na szczycie… by po prawej zobaczyć nieco wyższy wierzcholek. Kie licho? Przecież jesteśmy na Świnicy… Zakwitła nam myśl o tym, że Świnica ma trzy wierzchołki, ale na razie ogarnęliśmy sobie teren i w słońcu odkorkowaliśmy szampana i zjedliśmy, zgodnie z tradycją, sushi. Pić za dużo nie było sensu, w końcu czekała nas jeszcze długa droga w dół, a w dolinach w oczach rosła mgła. Spakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy po swoich śladach w dół. Po drodze spotkaliśmy kurs zimowy, od którego dowiedzieliśmy się, że istotnie, byliśmy na Świnicy, ale na wierzchołku taternickim; dostęp do „turystycznego” prowadził przez grań, żeby uniknąć trawersowania lawiniastego żlebu… i raczej do zrobienia z asekuracją. Cóż, zwinęliśmy się i poszliśmy dalej, ignorując kuszącą pięknym śniegiem Świnicką Przełęcz (dwa dni później zabrała ona ze sobą pierwszą tegoroczną ofiarę Tatr).

Zrobiło się mglisto i wietrznie. Trochę daliśmy ciała trawesując Skrajną Kopę, bo nie byliśmy pewni, kiedy trawers zakończyć, mgła zamyła ślady, dobrze, że trafiliśmy na szlak. Liliowe nie przypominały tej przełęczy sprzed kilku godzin, śnieg wymieciony niemal do czysta, a zejście do doliny było co prawda po śniegu, ale bardzo płytkim. Schodząc zahaczyliśmy jeszcze o Murowaniec (dlaczego kierowcy nie mogą pić piwa?!) i zeszliśmy Doliną Jaworzynki.

Dzień trzeci: Wycofy, głownie wycofy

Planu na ten dzień nie było. Nie, że był w powijakach: po prostu nie było. Coś musieliśmy zadecydować, więc wyskoczyliśmy do Kuźnic i wyjechaliśmy na Kasprowy. Tam – od razu wbiliśmy się w mleko… Postanowiliśmy podejść chociaż kawałek, przydały się gogle i za chwilę założone raki. Wiał mocny wiatr i widoczność… widoczności nie było za bardzo. Minęliśmy Beskid, na którym rok temu strasznie się męczyliśmy, teraz się okazało, że powinniśmy zejść na prawo, do szlaku, a my wałkowaliśy się przez środek i stromiznę. Teraz oczywiście mieliśmy łatwiej, bo przewiany śnieg odsłonił szlak. Zejście na Liliowe poszło już bez problemu, potem, również po przewianym już szlaku, zeszliśmy do Doliny Gąsienicowej.

Nadszedł czas na decyzję. Szlak w kierunku Karbu wygądał na przedeptany, więc ruszyliśmy w białe po czyichś śladach. Po chwili spotkaliśmy (niezależnie) dwóch chłopaków, którzy próbowali przekopać się na Karb, ale jakoś im nie szło. Zasypane, głęboki śnieg, masakra. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tego nie sprawdzili.

Podeszliśmy do rozejścia szlakow i stwierdziliśmy, że źle nie jest. Śnieg niezbyt głęboki i to miejscami; najbardziej skomplikowanym fragmentem drogi było przechodzenie przez lekko zasypany strumyk, po kamieniach. Po chwili zresztą trafiliśmy na jakieś ślady i nimi powoli dotarliśmy na przełęcz.

Kościelec czeka, bez zbędnej zwłoki ruszamy w górę. Najpierw jeszcze po znanym terenie, potem już weszliśmy w ten, którego nie pamiętamy… i wtedy pojawił się próg skalny. Nie mieliśmy pojęcia, którędy powinniśmy się pchać wyżej (dużo później dowiedzieliśmy, że letnio wchodzi się kominkiem po prawej; zimowo tamtędy nie było się po co pchać) , pokręciliśmy się po terenie, testując możliwe drogi wejścia, po czym doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy w stanie bezpiecznie wejść na górę i zawiedzeni zawróciliśmy. Zdecydowaliśy się zejść żlebem w kierunku Czarnego Stawu, zejście było przyjemne, śniegu niewiele; po tym zdecydowaliśmy podejść jeszcze przynajmniej kawalek pod Zawrat.

Czas jeszcze był. Ruszyliśmy przed siebie, obeszliśmy staw i przy śniegu, który powoli zaczął padać, zaczęliśmy drapać się pod górę. Wydeptane ślady prowadziły bezpiecznym terenem, w końcu, gdy wydrapaliśmy się na kolejne wzniesienie stwierdziliśmy, że to bez sensu: zejść przed zmrokiem w bezpieczny teren nie zdążymy, a ślady wskazują na to, że ktoś szedł do Doliny Pięciu Stawów i nie zakładał schodzenia. Spełzliśmy więc z kilku skałek i w już porządnie sypiącym śniegu ruszyliśmy z powrotem.

Przy rozejściu szlaków okazało się, że śnieg się nie obija, nasze ślady były już zupełnie zasypane. Na szczęście drogę ciężko zmylić; bardzo spokojnie zeszliśmy sobie do stawu i dalej do doliny. W Murowańcu zrobiliśmy chwilę przerwy i znanym szlakiem, bez przygód, wyjąwszy może ostro sypiący śnieg, zeszliśmy do Kuźnic.

Dzień czwarty: My tylko na chwileczkę

W związku z tym, że byłem naprawdę zmęczony po tej wyprawie, postanowiliśmy ruszyć od Jaszczurówki w kierunku Nosalowej Przełęczy. Nie doszliśmy za daleko: rano grzebaliśmy się i zaczynało się ściemniać, w związku z czym na jednej z polan zasiedliśmy sobie na kamieniu i po chwili podziwiania mrocznych, zamglonych szczytów, wróciliśmy do samochodu.

Podsumowanie

Drugi raz udało się nam ruszyć na szlak, by uczcić urodziny. Wyjazd nie poszedł do końca zgodnie z planem, trochę musieliśmy się powycofywać, z różnych przyczyn. Niemniej jednak po raz kolejny, w ciągu dwóch miesięcy, mogliśmy zobaczyć Tatry, a to najważniejsze. Plus – zdobyliśmy (trochę niechcący) nowy wierzchołek – taternicką Świnicę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry, Ze zdjęciem i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>