Tatry Słowackie po raz pierwszy

Słowackie Tatry mówią dzień dobry.

Wstęp

Tatry Słowackie chodziły nam po głowie już długo, chyba nawet podczas naszego pierwszego wyjazdu koleżanka B. wspominała o nich. Tak się bujaliśmy pod hasłem „kiedyś trzeba”, patrzyliśmy na mapę tamtejszych szlaków, aż w końcu postanowiliśmy: to jest teraz, jedziemy i już. Mieliśmy co prawda plan tułania się od schroniska do schroniska, ale uznaliśmy, że na pierwszy raz spróbujemy wersji z noclegiem w dolinie.

W nocy z piątku na sobotę wskoczyliśmy w auto i około 8:00 byliśmy w Smokowcu. Niestety, pokój, który miał na nas czekać był jeszcze zajęty, więc umówiliśmy się z właścicielami na odbiór kluczy po tym, jak wrócimy ze szlaku. Przeczesaliśmy mapę, spośrod trzech, które mogliśmy przeznaczyć na ten dzień, wybraliśmy najdłuższy, w końcu było jeszcze wcześnie. Przygotowaliśmy się do wyjścia i …

Dzień pierwszy: spokojnie, taaaaak?

Do Starego Smokowca mieliśmy z buta kilka minut, postanowiliśmy więc zrezygnować z opcji dojazdu samochodem. Električka też nie wchodziła w grę, szkoda było zachodu. Smokowiec okazał się być małą miejscowością, zupełnie inną niż podobne mu po polskiej stronie. Kilka hoteli, kilka pensjonatów, ale wszystko spokojniejsze, nie świecące z każdego okna góralskością, reklamami i „góralską kapelą na żywo dziś wieczór”. Pojawił sie za to jeden problem, wejście na szlak bylo gdzieś ukryte. Podpytawszy parkingowego ruszamy we właściwym kierunku, uff, jest drogowskaz, jest szlak, ruszamy. Hipcia trochę mi marudzi (jak zwykle), że nie podjechaliśmy samochodem pod samo wejście na szlak, bo tam akurat był darmowy parking.

Część miejska się kończy, mijamy tabliczkę informującą nas o terenie ścisłej ochrony przyrody, przewracających się drzewach i wejściu na własne ryzyko i już jesteśmy na szlaku. Na razie cisza i spokój, turystów bardzo mało, pojawia się za to inny problem. Hipcia zasuwa sobie, jak to ona, standardowo, ja czuję, że coś nie gra. Gorąco, nogi dziwnie ciężkie, ręce nie chcą działać, na przystankach serce mi bije niepokojąco mocno. Wiedziałem, że nie przyjechaliśmy tu jakoś super wypoczęci, dodatkowo ruszałem na szlak po całej nocy jazdy, ale pół godziny marszu pod górę nie powinno mnie aż tak zmęczyć. W końcu decyduję się przejąć kontrolę od autopilota, nic, że chce mu się tam spać, czy co tam mu się wyobraża, ja wiem, że mięśnie mają moc i mają działać. Tupię sobie tak z pół godziny, nie myśląc o niczym, tylko o tym, żeby reszta mnie wykonywała robotę, którą kazałem i po chwili wszystko zaczyna wracać do normy. Tętno się uspokaja, nogi i ręce pracują zgodnie z rytmem, którego się nauczyły, pozostaje tylko bałagan w głowie. Po chwili doszliśmy do rozejścia szlaków, wsiedliśmy na zielony i po kilku zaledwie minutach meldowaliśmy się do wnętrza Domu Śląskiego, by skosztować słowackich piwnych specjałów. Zjedliśmy też co nieco i trzeba było zasuwać: mieliśmy zrobić krótką trasę, ale jak znam moją Panią, „krótka” to bardzo pojemne słowo.

Czekał na nas zielony szlak. Nie można napisać, że był on trudny, bo piął się jednostajnie w górę, za to widoki na pewno były nagrodą za niewielki poziom wysiłku. Po obu stronach strome, skaliste szczyty i gdzieś daleko przed nami majaczący Polski Grzebień, a do niego dwie godziny marszu. W końcu, gdy minąwszy kilka stawów dotarliśmy już pod sam koniec drogi, pojawiły się łańcuchy i tempo marszu zwolniło. Poniekąd dlatego, że z naprzeciwka schodziło sporo ludzi, ale również dlatego, że przed nami szła niewiarygodnie spanikowana dziewczynka; na szczęście ich wyprzedziliśmy, ale po minie można było wnioskować, że dotarcie na samą przełęcz będzie trwało bardzo długo.

Odpoczęlismy z widokiem na drugą dolinę, do której schodził niebieski szlak prowadzący na polską stronę, przestudiowaliśmy mapę i postanowiliśmy, że zaatakujemy Małą Wysoką, zejdziemy, a potem… zobaczymy.

Byliśmy jedną z dwóch ekip, które o tej porze podchodziły, wszyscy szli już z naprzeciwka, co, biorąc pod uwagę, że droga była śliska i paskudnie ośnieżona, powodowało trochę opóźnień. W końcu jednak ludzie z naprzeciwka się skończyli, a najtrudniejszy fragment został za nami, trzeba było tylko iść przed siebie i w końcu, po dłuższej chwili, zasiąść na samym szczycie i cieszyć oczy widokiem. Hipcia mówiła, że jest stąd jeden z najładniejszych widoków w Tatrach, bo widać wszystkie najwyższe szczyty; widoczność pozwoliła nam je wszystkie po kolei identyfikować.

Na szczycie wypiliśmy sobie piwo i trzeba było ruszyć na dół. Póki jeszcze po prostu schodziliśmy, bylo nieźle; gdy zaczęło się robić ciasno, ślisko i trzeba było użyć rąk, zmarnowaliśmy trochę czasu. W końcu jednak zeszliśmy na przełęcz, usiedliśmy przed mapą i… I Hipcia zaczęła narzekać. Że a może, że weź, że no chodź… tłumaczenie, że jestem po całej drodze z Warszawy jakoś do niej nie docierało, więc co mogłem zrobić? Wbiliśmy się na zielony szlak i zeszliśmy kawałek w dół, dotarliśmy do niebieskiego, a potem, po śladach wytupanych w głębokim śniegu, pomknęliśmy w kierunku Rohatki. Śniegu było sporo, po chwili zdecydowalismy się założyć raki, by przyspieszyć wchodzenie, efekty było widać od razu. Potem, na suchym fragmencie, nieopatrznie je zdjęliśmy… by po chwili znowu je założyć. Podejscie pod samą przełęcz było proste, ale obkute łańcuchami, jakby ktoś spodziewał się całej armii przedszkolaków, która może zrobić wszystko co tylko głupiego im przyjdzie do głowy.

Na przełęczy nie zatrzymywaliśmy się, teraz już nie było czasu na wakacje, zaczęliśmy schodzić od razu w dół, na początku raki pomagały, potem było wiecej chodzenia po skale, zamiast po śniegu, więc je zdjęliśmy. W końcu zeszliśmy na w miarę plaski teren i ruszyliśmy dalej w kierunku Zbójnickiej Chaty, robiąc po drodze jeszcze przystanek na piwo nad małym stawem. Przy samej chacie także zatrzymaliśmy się, ale tylko na chwilę, bo zmrok zapadał coraz szybciej. Równolegle z nami ze schroniska wyszła para, która bardzo się spieszyła, na tyle, że w wygodniejszym miejscu ich przepuściliśmy, bo zbliżali się coraz bardziej. My szliśmy sobie spokojnie, póki jeszcze było cokolwiek widać, cieszyliśmy oczy widokiem Doliny Staroleśnej, w przerwach, oczywiście, między patrzeniem pod nogi, bo szlak był jednak miejscami pokryty śniegiem (szczególnie na zejściach) i trzeba było uważać, żeby nie obić sobie siedzenia.

Gdy weszlismy w las tylko chwilę szliśmy bez światła, było jeszcze szaro, ale czołówka pomogłaby nam więcej widzieć, więc ruszyliśmy dalej. Słyszeliśmy jakieś legendy o słowackich kamerach i strażnikach łapiących turystów, którzy błąkają się po zmroku, więc poczuliśmy odrobinę niepokoju, gdy z naprzeciwka zaświecilo światło, które najwyraźniej na nas czekało. Światlo okazało się być komórką chłopaka, który nas wcześniej wyprzedził, chłopak okazał się był cokolwiek przerażonym Słowakiem, a jego dziewczyna – zapłakaną i przestraszoną Słowaczką. Co się stało? Nie było ciężko się domyśleć: dookoła ciemno, a im brakuje światla. Wzięliśmy ich zatem w środek i ruszyliśmy, gawędząc sobie wesoło. Okazało się, że dziewczyna dostała w prezencie nowe buty trekkingowe i postanowili je wypróbować, oczywiście zakładając, ze zejdą przed zmrokiem. Zamarudzili, i to sporo, bo co najmniej godzinę, skoro spotkaliśmy ich w tym miejscu.

Zeszliśmy do czerwonego szlaku, nim odbiliśmy w prawo do Hrebienioka. Stamtąd zeszliśmy w dół, zielonym szlakiem, do Smokowca, gdzie odtrzymaliśmy podziękowania (i zaproszenie na kolację, którego grzecznie odmówiliśmy) i ruszyliśmy w swoją stronę, dumni z tego, że uratowaliśmy chociaż trochę reputację Polaków, którzy podobno w góry wychodza zupełnie nieprzygotowani.

Dzień drugi – na Rysy nie rysą, bo od słowackiej strony

Pościel w naszym pensjonacie była tak cholernie miękka, że wyjście z niej i zdecydowanie się na jakąkolwiek aktywność, graniczyło z cudem. Tak samo zresztą, jak podstawowe czynności, typu „chodzenie” i „siadanie”. W końcu jednak zebraliśmy się do kupy i wcześnie rano (jak na nas), bo o ósmej byliśmy już pod samochodem. Droga do Szczyrbskiego Plesa minęła bardzo przyjemnie, trawersuje zboczem, z prawej mamy góry, z lewej – piękny widok na dolinę, Niżne Tatry i, w oddali, Poprad. Na miejscu chwilę trwa, zanim znajdujemy miejsce do zaparkowania, wyładowujemy się i staramy się wmieszać w tłum, a potem przebić przez tenże tłum, który obsiadł ambitnie stoiska z pamiątkami. W końcu udaje się nam wyjść do miejsca, gdzie zaczyna się czerwony szlak, wchodzimy w las… i nareszcie spokój. Pod nogami kamienie, droga powoli pnie się w górę, a co chwilę obok pojawiają się tabliczki ścieżki edukacyjnej. Chciałem się przy nich zatrzymywać, ale nie dane było mi poczytać, bo ciągle mnie poganiano.

Minęliśmy rozejście szlaków czerwony-zielony i po płaskim, a potem schodząc nieco, dotarliśmy w okolice Popradzkiego Stawu, gdzie po chwili zastanowienia postanowiliśmy zatrzymać się na szybkie piwo. Po pochłonięciu złocistego napoju ruszyliśmy dalej. W kierunku Chaty pod Rysami prowadził niebieski szlak, tam też zawinęliśmy do plecaka dwie paczki cytryn, w celu doniesienia ich do schroniska. Powoli drzewa zaczęły się przerzedzać, a zza nich wychynęły zbocza gór. W międzyczasie odbiliśmy znowu na czerwony szlak i… mieliśmy nadzieję, że schronisko to tu już zaraz…

Nie. Nie było tuż zaraz. Wdrapaliśmy się Żabią Doliną, by zobaczyc Wielki Staw Mięguszowiecki i zorientować się, że do samej Chaty trzeba sie jeszcze powdrapywać na górę. Niby by się zgadzało, bo w końcu z mapy wynikało, że mieliśmy napotkać niebezpieczne miejsce, ale… Ale trzeba było maszerować dalej. W końcu, w miejscu, gdzie mieliśmy piękny widok na całą dolinę, pojawiły się łańcuchy. Oczywiście, jak to na Słowacji, raczej niepotrzebne na na pewno i umieszczone w ilościach dalece większych niż niezbędne. Im wyżej tym bardziej wiało a i tym więcej pojawiało się śniegu. Minąwszy kilku nosiczów weszliśmy w końcu w zasięg Wolnego Królestwa Rysów (przegapiliśmy drewniane godło, bo było zasłonięte śniegiem, zauważyliśmy je dopiero schodząc). Do samej Chaty pozostało tylko kilka minut, zdaliśmy cytryny, kupiliśmy piwo, wypiliśmy i pomknęliśmy w górę; oczywiście błędnie identyfikując szczyty: to, co uważaliśmy za Rysy, okazało się być Ciężkim Szczytem.

Na przełęczy Waga w końcu znaleźliśmy nasz cel, trochę było podchodzenia, trochę zabawy z zejściami po śliskim śniegu, ale w końcu wygramoliliśmy się po kamieniach i zasiedliśmy na szczycie. Prócz nas była tam jeszcze dwójka Polaków, którzy schodząc zostawili na samym szczycie aparat fotograficzny. Oddaliśmy.

Spokojnego siedzenia nie mieliśmy za dużo, bo za chwilę pojawiła się kolejna dwójka, która zrobiła sobie spacer z Wysokiej na Rysy. Jeden z chłopaków pozował na twardziela, dla którego takie spacery to norma, drugi nie ukrywal ulgi, że w końcu znaleźli się na znakowanym szlaku, z dala od spacerów po śnieżnych półkach, gdy nie ma się pewności, czy utrzyma ciężar. Oczywiście Hipcia już zaczęła ustalać, którędy będziemy następnym razem iść, bo… bo szlaki, to są dla dziewczynek. I to małych.

Zostawiliśmy chłopaków i weszliśmy jeszcze na Wyżnie Rysy, by po raz pierwszy w życiu stanąc powyżej 2500 m n.p.m. Stamtąd już w miarę szybko przeszliśmy po swoich śladach i zeszliśmy w kierunku Chaty. Przerw nie robiliśmy, bo słońce było coraz niżej nad widnokręgiem i woleliśmy sprawnie ewakuować się do miejsca, gdzie jest spokojnie. Przy Chacie zrobiłem jeszcze pamiątkową fotkę obrazu śmierci i przybitej do pnia kosy, a potem zemknęliśmy w dół.

Droga w dół różni się trochę od tej w polskich Tatrach. Przede wszystkim idzie się, idzie, idzie… a potem jeszcze idzie. Długo, wszystko trwa bardzo długo. Hipcia zobaczyła mapę i coś marudziła o wycieczce na Koprowy Wierch, a przynajmniej na Koprową Przełęcz, ale jakoś udało mi się wyperswadować jej to, bo już samo podejście pod przełęcz zaczynalibyśmy po zmroku, a całą, i tak mocną wycieczkę, wydłużyli o prawie pięć godzin. Zapadł zmrok, a my weszliśmy w las. Nasze tempo schodzenia nie jest zbytnio szybkie, ale i tak dogoniliśmy i przegoniliśmy jakieś towarzystwo: piątkę Polaków spacerujących przy dwóch czołówkach i jednej latarce, przy czym światło, którym dysponowali… no, do czytania się ono nie nadawało.

Przy rozejściu szlaków usiedliśmy zastanawiając się, którą z dróg wybrać, w tym czasie dotarła do nas minięta przed chwilą piątka… z prośbą o pozwolenie zerknięcia na mapę i wskazanie drogi do Szczyrbskiego Plesa. No tak, polski turysta jest zawsze przygotowany. W końcu wybrali sporo dłuższą drogę, asfaltem, ale bez zdradliwych korzeni, o które można się podobno potknąć. My wybraliśmy właśnie zdradliwy czerwony szlak, gdzie korzeni nie było; spokojnie dotarliśmy do samochodu (ostatniego już na parkingu) i pomknęliśmy do domu.

Dzień trzeci – najbardziej niebezpiecznie… pośmialiśmy się, a jednak…

Start z samego rana. No dobrze, nie „z samego”. W zasadzie użycie słowa „rano” było tu pewnym nadużyciem. Nieważne, koniec końców na szlaku wylądowaliśmy. Znanym już asfaltem śmignęlismy do Smokowca, stamtąd zwiedzanym już zielonym szlakiem poszliśmy do Hrebienioka, śmiejąc się z leniwych ludzi, którzy czekali na dole na kolejkę.

Przy wejściu na „prawdziwy” szlak, czerwony, zauważyliśmy plakat ostrzegający przed niedźwiedziem, który w tych okolicach dość często bywa. Pośmialiśmy się z tego, że dwa dni wcześniej własnie tędy szliśmy nocą i poszliśmy przed siebie. Za dużo nie widzieliśmy, bo droga prowadziła przez las, ale w momentach, gdy przeciwne zbocze góry było dobrze widoczne, można było dostrzec wijącą się serpentynę tatrzańskiej magistrali.

Minęliśmy zejście Doliny Staroleśnej i ruszyliśmy w górę, trawersując zbocze. Pogoda była ładna, więc spora ilość ludzi na szlaku nie dziwiła, ale nieco przeszkadzała. Gdy zobaczyliśmy, ilu ich siedzi w Chacie Zamkowskiego, zrezygnowaliśmy z piwnego planu i ruszyliśmy dalej, zielonym szlakiem.

Słońce mocno świeciło, całe Tatry, zmęczone po zimie, zaczynaly odżywać. Idealne widoczne w ostrym słońcu zbocza zachęcały do wspinaczki, a co jakiś czas pojawiające się kamienie zachęcały do odpoczynku i podziwiania… na jednym zresztą skusiliśmy się na chwilę przerwy. Cel jednak czekał: widoczne przed nami strome zbocze zamykające dolinę, na szczycie którego czekała złocista nagroda za wysiłek. Sam fragment podejścia, między wielkimi głazami był bardzo ładny: przewyższenie rosło w oczach, a z boku mieliśmy caly czas widok na wyjście doliny…

W końcu: jest! Spacer po kufle, wracam do Hipci, którą zostawiłem samą… już nie samą. Nie wiem, dlaczego, ale ona zawsze działa jak magnes: jak sobie gdzieś usiądzie, zawsze się napatoczy jakaś obca osoba, która musi, musi tuż obok usiąść. Przy nas akurat robili sobie zdjęcia. Gdy zajęliśmy miejscówkę nad stawem, po chwili pojawiło się sześciu chłopa, którzy też stwierdzili, że muszą tam usiąść… Piwo się skończyło, my się zebraliśmy i mogliśmy ruszyć. Wyglądało na to, że Chata Tery’ego dla większości była celem, przed nami szło tylko kilka osób, z czego dwie po chwili zawróciły.

Podejście pod Czerwoną Ławkę miało być strome, straszne i zawierać największą ilość łancuchów w Tatrach (zresztą jest to szlak jednokierunkowy, własnie ze względów bezpieczeństwa), okazało się co prawda strome, ale bardzo sympatyczne i niezbyt długie. Gdy już znaleźliśmy się na przełęczy, nie byliśmy do końca zmęczeni, raczej zdziwieni, że ten najniebezpieczniejszy szlak w słowackich Tatrach to właśnie to. Ale, skoro już go zrobiliśmy, to postanowiliśmy go sobie uczcić odpoczynkiem; akurat po drugiej stronie się zamgliło, więc posiedzieliśmy wpatrując się w białe. W koncu trzeba było się dźwignąć i pomaszerować w kierunku Zbójnickiej Chaty. Sympatyczny szlak, trawersujący dookoła niewielkiego rumowiska, wydal się nam za długi, więc trochę go skróciliśmym, na rympał docierając już prawie pod Chatę. Tam zrobiliśmy sobie postój na piwo i tak pokrzepieni ruszyliśmy w dół. Wystarczyły dwa dni, żeby paskudny śnieg, który zalegał na stopniach, niemal zupełnie się stopił, czyniąc zejście szybszym i przyjemniejszym.

Gdy weszliśmy w las, bylo ciemno. Od pewnego momentu z daleka dobiegał nas jakiś gwar, krzyki i hałas; pewnie grupa młodzieży idzie do schroniska, myśleliśmy. Hałas się zbliżał, aż w końcu… źródłem jego okazał się bardzo blady, przerażony Słowak i zapłakana Słowaczka. Dogadaliśmy się szybko: przy szlaku cuś stoi. Medveď hnedý, zapewne. Ok, stoi, nie idzie. Rozpytujemy naszych bohaterów o otwarte żarcie w plecakach i o to, co robili. Nie wiem, czy to słowacki pomysł na polowanie na niedźwiedzie, ale tłuczenie kijami w kamienie i krzyczenie „Hoł hoł hoł”, tudzież rzucanie kamieniami, żeby miśka odstraszyć, jakoś nas nie przekonało. Spróbowaliśmy dla odmiany wersji polskiej: podchodzimy grzecznie, że niby my tu przypadkiem. Podeszliśmy, zlokalizowaliśmy ślepia. Ślepia ruszyły w naszą stronę, powiedziałem „cofnąć się”. Hipcia się cofnęła, dziewczyna odskoczyła, a chłopak z okrzykiem „hoł hoł hoł” zebrał się do biegu. Uspokoiłem towarzystwo i chyba zrozumiało, że darcie paszczy to nie to, czego chcemy. Zamknęli się. Postaliśmy chwilę, misiek stwierdził, że te fajne odgłosy, które przed chwilą były, już się skończyły, a skoro tak, to on dziękuje i zmywa się na chatę. My tymczasem… spokojnie, dystyngowanie niemalże… a potem szybciej…

Do rozejścia szlaków dotarliśmy bez dodatkowych przygód, może tylko troche było zamieszania z uspokojeniem dziewczyny, chłopak tymczasem rozmawiał przez telefon z kimś, kto wiedział już o ich przygodzie. Nie powiem, stwierdzenie „Byl niedźwiedź, ale przyszli Polacy i nas przeprowadzili i już jesteśmy bezpieczni… tak, idziemy z Polakami…” jakoś przyjemnie łechtało ego. I może jakoś polepszyliśmy zdanie o polskich przygotowaniach do turystyki w bratnim narodzie słowackim.

Zabraliśmy się w czwórkę do Hrebienioka, gdzie młodzież poszła do restauracji, a my zemknęliśmy znaną trasą do domu, na wszelki wypadek strasząc niedźwiedzie kijami, oczywiście w rytmie „hoł hoł hoł”. Kamieni nie chciało nam się szukać, więc nie rzucaliśmy. A niedźwiedzia nazwaliśmy Stefan.

Dzień czwarty – skoczne zakończenie

Nie chciało mi się iść nigdzie, bo czekało mnie ponad 400 km jazdy, ale nie chciałem robić przykrości Hipci, bo „tylko na chwilę” i „tylko kawałek”. Cel – Szczyrbskie Pleso. Zaparkowane tam, gdzie ostatnio, ruszamy: akurat niedziela, więc na ulicach tłumy, w tym my, z plecakami i ubrani tak, jak ubrani, bardzo się rzucamy w oczy. Musieliśmy przejść calutkie miasto, wejść w las, minąć jakieś gospodarcze zabudowania i dopiero wtedy czekał nas spokój. Słońce świeciło przyjemnie, a nam się nigdzie nie spieszyło, więc tak sobie, wakacyjnym tempem, dotarliśmy do niewielkiej kotlinki, gdzie czekał na nas Wodospad Skok.

Dla niektórych już sam dół wodospadu był celem… i też chciałem tam zawrócić, ale Hipcia stwierdziła, że nie, musi wyjść na górę, w końcu na mapie zaznaczony jest wykrzyknik – niebezpieczny fragment. Ruszyliśmy pod górę. Najpierw spokojnie, potem po mokrej połogiej płycie, a potem czekała nas minuta łatwej wspinaczki i… już jesteśmy! Przemknęliśmy daleko na zewnątrz, by z dala od szlaku i w spokoju nacieszyć się ostatnim widokiem (przy okazji mieliśmy dobrą pozycję obserwacyjną tego, jak ludzie radzą sobie z niebezpiecznym przejściem).

Oczywiście, tuż po tym, jak zasiedliśmy, zaczęło się chmurzyć i mglić, zamiast siedzieć w polarach, wyciągnęliśmy kurtki i zaciągnęliśmy na głowy kaptury. Hipcia wypiła piwo, ja wypiłem moje bezalkoholowe i zebraliśmy się na dół. Szlak minął szybko i już byliśmy przy zejściu; zastanawialismy się jeszcze nad wyjechaniem kolejką do schroniska na Solisku, ale zrezygnowaliśmy, spakowaliśmy wszystko i wsiedliśmy do auta.

Zakończenie

Droga minęła sprawnie, ku mojemu zaskoczeniu, nawet bezsennie. W ostatnim słowackim sklepie nakupiliśmy różnych rzeczy, po chwili już minęliśmy granicę i wjechaliśmy do siebie… niestety, różnica jest widoczna: słowackie wioski są spokojne i puste, nas, z polskich, podhalańskich wiosek wita reklama na reklamie. Nie jest ładnie.

A same góry… kuszą. Kuszą, by przyjechać na dłużej i zniknąć ze szlaku, zrobić jakąś drogę zupełnie od czapy, tak, żeby było bezpiecznie i ciekawie. Kusi Gerlach, kusi Łomnica, kuszą wszystkie łagodne i mniej łagodne granie. Kusi też rozmaita ilość dróg wspinaczkowych… i absolutny brak komercji w schroniskach. Nie przypominają one hoteli, a zwykłe, niewielkie „przechowalnie” ludzi, gdzie strudzony turysta może liczyć na ciepło i kawałek podłogi, żeby się położyć.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry, Ze zdjęciem i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>