Pierwszy raz w górach – Zawoja, luty 2011

Wstęp

Pomysł wyjazdu pojawił się jak wszystkich chyba pomysły – znienacka. Koleżanka Beata podrzuciła nam temat, my go przetrawiliśmy i zgodziliśmy się. Celem miała być zimowa Zawoja i zimowe góry. Pierwszą rzeczą było kompletowanie ekwipunku na wyprawę, bo wówczas byliśmy do wędrówki przygotowaniu jak Prawdziwi Turyści: mieliśmy dżinsy i adidasy. Przeprowadziliśmy zatem wywiad środowiskowy, Hipcia przetrząsnęła Internet; jako że mamy w zwyczaju kupować dużo, decydować w domu na spokojnie a potem zwracać rzeczy, które nam nie odpowiadają, konto ugięło się pod naporem zakupów. Na szczęście potem większość pieniędzy wróciła, po serii zwrotów.

Najgorsze to chyba przygotowywać się do wyprawy nie mając o niej pojęcia. Kolega w pracy powiedział, że w zimie wchodzi na szczyty w samej bluzce, do tego parując; wziąłem to za przechwalki. Inny kolega mówił, że w góry przy temperaturze do minus piętnastu maszeruje tylko w softshellu i bluzie termoaktywnej. Też nie uwierzyłem.

Zakupy w końcu udało się zrobić. Część rzeczy kupowaliśmy w Decathlonie, kierując się myślą, że stracimy mniej kasy, jeśli okaże się, że wędrówki górskie nam się nie spodobają, część przyszła z internetu, a część zakupiona została w zapchanych narciarskim ekwipunkiem sklepach w Outlet Center w Piasecznie lub innych outdoorowych sklepach. Najbardziej nietrafionym zakupem okazały się snowboardowe spodnie dla mnie, które zakupiłem, słysząc, że może być naprawdę zimno. Zapomniałem, baran, że moja dolna granica tolerancji cieplnej jest dużo niżej niż u przeciętnego człowieka. No nic, spodnie te zostaną zapewne na czas odczuwalnej temperatury w granicach -30*C. Drugim nietrafionym zakupem była druga para butów dla Hipci: kupiliśmy 40 i 39 i nie zdążyliśmy ze zwrotem tej pierwszej. Na szczęście – ale dlaczego, będzie napisane w zakończeniu.

W końcu zapakowaliśmy wszystko do samochodu (który został kupiony zaledwie dwa miesiące wcześniej: nasze pierwsze auto, ciągle byliśmy pod wrażeniem tego, ile rzeczy można ze sobą bezkarnie zabrać w porównaniu z wyprawami PKP/PKS. Przed startem dowiadujemy się, że z zaplanowanej szóstki uczestników zrobiła się czwórka: siostra Beaty i jej kolega/chłopak/? niestety nie mogą się z nami bawić.

Czwartek: pierwszy dzień, czyli sama nauka

Trasa:
Zawoja – Mosorny Groń – Cyl Hali Smietanowej
Cyl Hali Smietanowej – Polica – Przełęcz Kucałowa
Dojście do schroniska na Hali Krupowej
Przełęcz Kucałowa – rozejście na niebieski w kierunku Mosornego Gronia
Mosorny groń – wodospad na Mosornym Potoku – Mosorne

Jazda samochodem w kierunku Krakowa sprawia jeszcze frajdę; nie wiedziąłem, jak często będę tamtędy jeździł. Do Zawoi udaje się dotrzeć, nocleg mamy wykupiony w ośrodku wypoczynkowym, który chwilowo jest pełen dzieciaków spędzających ferie w górach. Na miejsce docieramy około godziny 9:00, Beata z Maćkiem (drugi uczestnik wycieczki) już są na szlaku. Proponują spotkanie na Cylu Hali Śmietanowej. Klucz do naszego pokoju jest schowany przez Beatę w tajnym schowku – w szafce na korytarzu. Rozpakowujemy się, pakujemy zestaw wyprawowy; przy pierwszym pakowaniu niestety tracimy na to sporo czasu, na szlaku jesteśmy około jedenastej. Zaczynamy od… rozpięcia się, bo słońce grzeje mocno, a chodzenie rozgrzewa, lepiej nawet niż jazda rowerem. Za chwilę rozpoczyna się pierwsze podejście i tu pojawia się pierwsza lekcja: kurtki to się nosi czekając na przystanku. Tupiemy cierpliwie, słońce świeci, my po raz pierwszy w życiu na szlaku – pięknie! Pojawia się powoli śnieg i robi się jeszcze ładniej; mijamy wyciąg na Mosornym Groniu i kierujemy się w stronę Cylu. Reszta wycieczki już poszła dalej, więc sobie radośnie smsujemy; chwilę później lądujemy na cylu, gdzie robimy sobie pierwszy dłuższy postój. Pogoda bardziej wiosenna niż zimowa, wypatrujemy zapowiadanego marznącego śniegu, wiatru i mrozu. Trudno, słońce rekompensuje chwilowe ubytki zimy.

Z Cylu kierujemy się na Policę mijając pomnik ofiar katastrofy lotniczej, po drodze przebiega obok nas zupełnie niezorganizowana w szyku grupa harcerzy, czy innej młodzieży, w końcu z naprzeciwka wychodzą nam dwie postacie: Beata i Maciek, którego poznajemy po raz pierwszy, a który z opowieści Beaty… zupełnie inaczej miał wyglądać. :)

Krótka rozmowa i rozstajemy się, nie ma co maszerować dalej, ktoś musiałby zawrócić, zresztą my dopiero co zaczęliśmy, a oni już kończą. Informują nas o tym, że planują zejść do zielonego szlaku i znikają. My kontynuujemy podróż w kierunku schroniska na Hali Krupowej, w maleńkiej salce pijemy sobie herbatę z rumem (grzańca nam odradzono) i po chwili zaczynamy wracać. Tym razem atakujemy zielony szlak, śnieg robi się coraz głębszy, więc po raz pierwszy zakładamy stuptuty. Zaczyna zmierzchać, planujemy zejść zielonym aż do Mosornego, ale znajdujemy rozejście na niebieskim szlaku, prowadzące w kierunku Mosornego Gronia, bierzemy zatem na klatę ciężkie, oblodzone podejście i przy świetle czołówek już wyłazimy na górę. Potem trzeba był zejść w dół równie oblodzonym szlakiem, na którym Hipcia zalicza glebę. Schodzenie było dość interesujące, albo bokiem do pochyłu, od drzewa do drzewa, , albo bardzo przez Hipcię ceniona metoda ślizgu na tyłku w stylu klasycznym, czyli dupozjazdu. Następnie wsiadamy na szlak niebieski i nim schodzimy już do samego Mosornego, po drodze słyszymy Wodospad na Mosornym Potoku, ale ani obserwować go nie idzie, ani zdjęcia zrobić. Przy okazji dowiadujemy się, że czołówka, którą kupiłem Hipci jest do kitu, momentalnie zeżarła baterie, zatem kontynuujemy zabawę przy jednej czołówce i jednej latarce na ręczne dynamo.

Na sam koniec jeszcze trzeba tylko wydreptać swoje w sporej wilgotności spowodowanej przez potok, chłód nas przenika momentalnie, nawet wyciągnięte z plecaków kurtki niewiele ratują sytuację. Niemniej jednak pierwszy dzień zaliczony, odbieramy gratulacje za zielony szlak, bo okazuje się, że B. i M. zrezygnowali z niego. Mięczaki. :) Bilans pierwszego dnia był bardzo dobry: żadnych strat w ludziach i sprzęcie, zanotowano wyłącznie: bóle mięśni, ogólne zmęczenie, lekki ból kolana oraz spuchnięte i obdarte przez buty kostki Hipci, czyli jednym słowy standard.

Piątek: Diablak a sprawa ogniska

Trasa:
Zawoja – Markowe Szczawiny
Markowe Szczawiny – Przełęcz Brona – Babia Góra – Przełęcz Krowiarki
Przełęcz Krowiarki – Markowe Szczawiny
Markowe Szczawiny – Zawoja

Umówieni jesteśmy na rano. Jakoś szóstą, czy coś. Hipcia mnie budzi z trudem, zbieramy graty, ja oczywiście jestem zaspany i cholernie rozdrażniony, jak to każdego ranka. Do kubków termicznych bierzemy sobie kawę i wyłazimy przed ośrodek. Zaraz po „dzień dobry”, zaspanym jeszcze tonem, wyraziłem swoją opinię na temat sprawców tego, że mnie zbudzono w środku nocy. Brzmiało to dokładnie tak: „Fanatycy, kurwa!”. Tekst ten zresztą jest mi do dziś wspominany przez Beatę jako anegdota z tej wyprawy.

Na dzień dobry trzeba się dotupać do zielonego szlaku na Markowe; B i M narzucili mocne tempo, trochę za szybkie jak na moją wizję początku dnia, ale depczę sobie spokojnie za nimi, przerzucając się żartami z jak zwykle już zupełnie rozbudzoną Hipcią. Po drodze trzeba było zdjąć softshelle. Na szczęście zima dzisiejszego dnia postanowiła się nieśmiało ujawnić, leżał śnieg, było chłodniej, pochmurno a od czasu do czasu posypywało z nieba. Zaczyna się szlak, z tego, co pamiętam, było: w lesie i pod górę. I był śnieg Była to dość męcząca wspinaczka po śniegu i lodzie. Na tyle męcząca i produkująca ciepło, że trzeba było zdjąć polary,a wtedy parą buchała para nagromadzoną pod ciepłym polarkiem. Wyglądaliśmy jak kanadyjski gejzer – ciepło uchodziło przez każdą dziurkę bielizny termo aktywnej, pomyśleć, że gdy o tym wcześniej słyszałem, brałem to tylko za czcze gadanie. Nic to -  tak sobie parując, dalej cierpliwie idziemy. W Schronisku na Markowych Szczawinach robimy postój na śniadanie – kanapki z pasztetem i łyk herbaty z termosu (przy okazji orientuję się, że moje buty z Decathlonu przemakają, a Hipci (nie z Decathlonu) nadal, konsekwentnie obcierają jej kostki – pierwszy dzień to nie był przypadek, uwzięły się czy co?.

Ze schroniska wychodzimy już drogą pod górę, kierujemy się czerwonym na Bronę. Samo najgorsze podejście okazuje się do zrobienia bez raków (i dobrze, nie mieliśmy ich), byłoby weselej, gdyby było oblodzone. Na przełęczy pierwszy raz widzimy znak graniczny – kierujemy się w kierunku Babiej. Dalsza część to oblodzenia, głównie mgła, narastająca mgła i wiatr, który cierpliwie próbuje nas przewrócić. Robi się zimno. Na szczycie schowani za kamieniem docieplamy się kolejną warstwą ubrania, zakładamy też maski na twarz, spożywamy sobie herbatę, robimy pamiątkowe zdjęcie i ruszamy dalej czerwonym na przełęcz Krowiarki. Widok jak się można domyślać, jest  zniewalająco biały. Pierwsza część – czyli orientowanie się po czerwonych kijach ma w sobie trochę nastroju, bo stojąc przy jednym nie widać kolejnego i trzeba iść na czuja. Pojawiają się tez pierwsze wątpliwości gdzie iść aby zejść. Mgła strasznie utrudnia widoczność, dookoła jest tylko biało i przeźroczyście biało. Ale udało się. Po drodze Maciek gubi jednego z raków, więc musi wrócić na szczyt. Raki się znalazły, a zaraz potem znalazł się i szlak, . chwilę później wchodzimy na wydeptaną ścieżkę, po drodze mijamy grupę kilku osób wędrującą na szczyt, potem już tylko deptanie w dół, trochę zjeżdżania na tyłkach, posiłek przy Krowiarkach i… I masakryczny, nudny, długi odcinek niebieskiego na Markowe. Teraz pewnie, gdy piszę te słowa (grudzień 2011) mógłbym spokojnie znaleźć co najmniej trzy szlaki bardziej nudne od tego niebieskiego, ale wtedy… dłużył się niemiłosiernie. Jednym jego plusem był śnieg i przykryte nim drzewa – czyli ładny zimowy krajobraz oraz zupełny brak turystów za wyjątkiem naszej czwórki. W końcu pojawia się schronisko, szybki grzaniec i maszerujemy w dół. Już przy wyjściu z Babiogórskiego parku postanawiamy się rozdzielić i jeszcze chwilę sobie posiedzieć, do Zawoi wracamy już po zmroku.

Podsumowanie: prócz nasilających się dolegliwości z dnia poprzedniego i jeszcze bardziej zmasakrowanych kostek Hipci, Hipcia dowiedziała się że jest stworzeniem wspinaczkowym a nie złażeniowym. Pod górę wchodzi z niesamowitą prędkością, zostawiając wszystkich z tyłu, w dół już niekoniecznie. Winą tego były problemy z kolanami, które przy każdym zejściu sprawiały dość intensywny ból.

Na wieczór planowane jest ognisko, są kiełbaski, jest wódeczka, jest śnieg, siedzimy sobie ku zazdrości dzieciaków z zielonej szkoły, które przyklejone do szyby śledzą nasze poczynania.

Sobota: Zawoja jest długa, a raki są fajne.

Trasa:
Czatoża – Jałowieckie Siodło
Jałowieckie Siodło – Magurka – Zygmuntówka – żółty szlak
Jałowiec – Przełęcz Opaczne – zielony szlak
Żółty szlak – Zawoja Centrum

Rano okazuje się, że Maciek już wyruszył na szlak, Beata chwilowo nie ma na spacery ochoty, więc kolejny dzień osobnych spacerów. Tym razem uderzamy w kierunku Czatoży, tam wsiadamy na czarny, zupełnie wyludnionyszlak, którym docieramy pod samą granicę, i wchodzimy w zimowy las, po drodze spotykamy tylko dorodnego jelenia i. Zima była tutaj przepiękna, drzewa uginające się pod naporem białego puchu, wszystko białe, oszronione, niezmącone jeszcze ludzkim śladami i dziwnie spokojne. Zachwyceni zimowy krajobrazem robimy sobie przystanek na kilka zdjęć i uzupełnienie płynów izotonicznych. Hipek dodatkowo postanawia zrobić sobie zdjęcie z gołą klatą To był najchłodniejszy dzień z całej wyprawy, nie licząc warunków na Babiej. Przy granicy wsiadamy na zielony szlak, śniegu robi się coraz więcej, a zupełny brak śladów lub ich ledwo widoczne zarysy dodają tylko klimatu zimowej scenerii. Wychodzimy z lasu i tam do naszych uszu dochodzi hałas przypominający ożywioną dyskusję grupki osób. Im dalej się przemieszczamy, tym głosy stają się wyraźniejsze i bardzo rozbawione. Z natężenia i barwy głosu oraz wybuchających co raz salw śmiechu wnioskujemy, że to mężczyźni. Idziemy już dobry kawałek daje jednak nikogo nie widzimy w mglistej aurze. W końcu naszym oczom ukazuje się ciemna duża plama w oddali, a głosy są już na tyle wyraźne, że rozumiemy poszczególne słowa. Początkowo czarna plama okazuje się być dwoma wieloosobowymi namiotami, przy których stoi grupka mocno rozbawionych kolesi. Zagadka pochodzenia tajemniczego hałasu rozwiązana. Chłopaki z flaszką w ręce wyjaśniają, że po tym jak w Zygmuntówce odmówiono im noclegu, rozłożyli się w lesie, urządzając sobie nocleg. Trzeba przynać, że byli dobrze przygotowani, niestety większość zapasów już spożyli/wypili więc z przykrością musieli się powoli zwijać aby uzupełnić zaplecze spirytusowe. Mimo braków w zaopatrzeniu poczęstowali nas pozostałościami przezroczystego płynu, dolewając do połowy kubka herbaty drugie tyle wódki oraz lekko zamrożonym makowcem. . Okazuje się, że Maciek który również mijał grupę biwakowiczów nie skorzystał z ich gościnności. Tak pokrzepieni lecimy dalej, odbijając czarnym szlakiem na Magurkę. Śniegu robi się już na tyle dużo, że zakładamy stuptuty. Nie przypuszczaliśmy, że cały szczyt to maleńkie wzniesienie, więc przegapiamy je i zaczynamy schodzić w kierunku Zawoi; dobrze, że w porę się zorientowaliśmy. Uznajemy Magurkę za zaliczoną, wracamy na zielony, w kierunku Zygmuntówki. Szlak wjedzie teraz zboczem, a widok jest powalający –  wszystkie drzewa są połamane jak zapałki, sterczą tylko drewniane kikuty, wszędzie masa bezpańskich gałęzi i konarów. Przypuszczamy że takich zniszczeń mógł dokonać tylko wiatr. Powalone drzewa utrudniają maszerowanie, a brak śladów w śniegu utrudnia znalezienie szlaku. Ostatecznie, trochę na rympał i po lodzie docieramy do Zygmuntówki – potwierdziła się opinia spotkanych biwakowiczów. Zygmuntowka to nie schronisko PTTK a dom turysty: wszystko zamknięte na klucz; na ganku zatem robimy szybki posiłek i wracamy na szlak: celem jest Jałowiec i żółty szlak nań prowadzący. Zresztą nie było zbytnio sensu dłużej siedzieć pod drzwiami „schroniska” ponieważ wzbudzilśmy zainteresowanie jego właściciela (?): jakiś zasapany facet tonem który brzmiał raczej jak „czego tu”,  zapytał się w czy może nam pomóc. Pomóc nie mógł więc trochę zniesmaczeni ruszyliśmy w drogę.

Dalej w las, po drodze gubię czapkę, trzeba się wrócić biegusiem, na szczęście jest niedaleko; zaraz i pojawia się szczyt. Dalej schodzimy żółtym w kierunku przełęczy Opaczne, gdzie wchodzimy na moment do prywatnego schroniska. To akurat jest porażka na całej linii: raz, że nie ma piwa, dwa, przy piciu kawy i planowaniu trasy przeszkadza nam dzieciak gospodarzy, którzy chodzi, przeszkadza, pluje i non stop domaga się prezentu od nas; gdy żona go zabiera, mąż-gospodarz idzie za nią i ma jakieś pretensje, że zabiera dziecko, bo ono może przecież pobyć z ludźmi. Obrzydliwy gówniarz.

Szybko dopijamy kawę i wychodzimy. Wracamy na żółty i idziemy cierpliwie przed siebie po drodze spotykając jakichś orientalistów, którzy wypadli z góry schodząc na rympał i zabłądzili. Robi się ciemno, rezygnujemy z wejścia na Kiczorkę i schodzimy w dół; zielonym. W ciemności słyszymy tylko ciszę, przerwaną od czasu do czasu ciepłym słowem na k i …. tupotem czegoś co ma kopyta i szybko się przemieszcza, na szczęście nie maiło zamiaru nas atakować. Szlak jest niesamowicie oblodzony; ile czasu na niego zmarnowaliśmy, to głowa mała. Teraz już wiemy, że gdybyśmy mieli raki, to zejście trwałoby z półtorej godziny krócej, ale wtedy… leźliśmy i leźliśmy… a jak doleźliśmy, to wylądowaliśmy dopiero w Zawoi-Centrum. Najbliższy bus za pól godziny, więc po łyku rudej ruszamy z buta w pasjonującą podróż po Zawoi. Dobrze, że nie usnęliśmy gdzieś po drodze.

Niedziela: krótka trasa na rozejście.

Trasa:
Zawoja – Markowe Szczawiny
Markowe Szczawiny – Zawoja
Zawoja – Markowa – Markowe Rówieńki – Czatoża

Rano musieliśmy się wynieść z pokoju. Z początkowych ustaleń mogliśmy zajmować pokój do południa, rano jednak okazało się trzeba go zwolnić do 9, bo któryś z gości ośrodka ma chrapkę na nasze pokoje i chce się przenieść. Poranek w związku z tym minął na nerwowym pakowaniu. Gdy udało się wszystko w miarę upchnąć do samochodów, ruszyliśmy na pożegnalną i niezbyt męczącą trasę. Podróż w komplecie. Nie wychodzimy zasadniczno za wysoko, zielonym na Markowe, w schronisku podziwiamy panoramę niesamowitego sprżętu i kłujących w oczy nazw firm, w które obyli się wszyscy ludzie podchodzący pod Babią. Schodzimy czarnym. Zostaje jeszcze trochę czasu, więc wbijamy na niebieski i przez Markową, Markowe Rówieńki, docieramy do Czatoży.

Powrót do Warszawy mija spokojnie: w Krakowie rozpoczynam tradycję gubienia się przy powrotach, ale na szczęście udaje się znaleźć, chociaż GPS prowadzi nas przez różne wioski.

Zakończenie

Jak na pierwszą trasę czuliśmy się po niej zadowoleni. Sprzęt generalnie zdał egzamin, najgorzej wyszły buty – obie pary zwrócone: moje – bo przemakały, Hipci – bo od razu się zmechaciły. Tu i tu zwrócono nam kasę, a na kolejne wyprawy Hipcia brała drugie, kupione przez pomyłkę buty, które okazały się jednak dobre na wyprawy. Do zwrotu poszly też spodnie Hipci, które zaczęły się pruć przy kołnierzu przeciwśnieżnym na buty.

Już wracając mieliśmy przeczucie, że coś tu się niebezpiecznego zaczyna dziać… Nie zatrzymaliśmy maszyny w porę… i proszę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Góry, Ze zdjęciem i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>